Mój blog ma być o tym co mnie codziennie otacza, czyli deczko absurdu, odrobina głupoty, całe kilo miłość, radości itd...
poniedziałek, 29 września 2008
NADSPODZIEWANIE

Ślub był nadspodziewanie duchowym przeżyciem 

Ksiądz był nadspodziewanie sympatyczny i przyjazny

Ja nadspodziewanie dobrze to zniosłam (mało ryczałam! a ja ostatnio rycze z byle czego)

Impreza nadspodziewanie sie udała

I nadspodziewanie sie zwróciła!!!! choć wcale na to nie liczyliśmy

Goście nadspodziewanie zadowoleni (ani slowa maruderstwa i krytyki)

Okazałam sie nadspodziewanie dobrą gospodynią imprezy, bo mój mąż to jasne, że jest spodziewanie dobrym "gospodarzem"

Nadspodziewanie piekną mieliśmy pogodę.

Michał znósł wszystko nadspodziewanie dobrze i niespodziewanie spał przez cały chrzest, ale chyba jednak to wszystko dało mu w kość bo spi własnie juz trzecią godzinę, odsypia wrażenia. A ja nie wiem co ze soba zrobić.... zaczynać jakąś domową robote czy nie.

i jak to mój poświęcony mąż powiedział o slubach i weselach:

NIGDY WIĘCEJ!!!! i tego sie trzymajmy :)

poniedziałek, 22 września 2008
CIĘŻKI DZIEŃ

gonie jak ten koń wyścigowy. W robocie po robocie projekt ruszył "z kopyta". A ja jako kierownik powinnam trzymać na wszystkim ręką, idzie mi rożnie. Na szczęcie mam dwie dobre asystentki jedną od finansów, a drugą taka ogólnie. To moje skarby! Dochodze do wniosku, że we trzy zroganiuzujemy i zrealizujemy każdy projekt. Obie bardzo sie przejmują i chwała im za to, ja "lece" w dużej mierze na intuicji, troche na wiedzy troche na dotychczasowych doświadczeniach i improwizacji. Na szczęście do tej pory te wszystkie czynniki mnie nie zawiodły :)  TAk naprawde juz jestem myślami na projektowym wyjeździe... las, koniki, Miszka ze mną, ba może babcia dołączy. Byle pogoda jako taka była, bo inaczej umarł w butach w tej głuszy.

gonie tez prywatnie... Mam wyrzuty sumienia, ze przez durną (!) impreze najbardziej cierpi Misza, co rusz podrzucany babci... dziś spędziłam z nim z całą (!!!!!) godzinę gdy kladłam go spać.... po pracy pojechałam po sukienke... kaszan... nie podoba mi sie.... wiem wiem sama taką chcialam, ale myślałam, że kolor to jednak wyjdzie troche inny... (wiem sama wybrałam kolor i materiał)... coś sie nie ukladała na mnie ta sukienka (wychodzi na to, że ze steresu schudłam od ostatniej środy!!! szczegónie w biuście!!! makabra!!!) .... prawie sie poplakalam czekając na poprawki... przeglądałam pisma o sukniach... zmieniamy koncepcje dekoldu... krawcowa przyznała racje... w czwartek znów do krawcowej (całe 25 kilometrów, bo przecież w moim mieście nie ma odpowiednich krawcowych, prawda!!!)  i "szyjemy kiece do skutku". W czartek miałam sie nugusić i odpoczywać. Dobiła mnie ta sukienka, zżarła i wypluła pomiętą psychicznie. Powrócilam po 2 godzinach walki z materią i udaliśmy sie do gościa od "sali". Jest wyjątkowo marketingowy (czytaj gadatliwy)... znaleźli wspólny język z mężem mym.... wyszliśmy stamtąd o 20.30!!! Póltorej godziny trwało zaznaczenie paru iksów w menu i wplacenie zaliczki!!! dzizas... zirytowałam sie... wiem, że to zmęczenie daje znać o sobie...nie potrafie sie zregenerować.

A jak tak dalej pójdzie to będę składala przysięgę małżeńską głosem dobrze przepitego pijaka...gardło boli coraz bardziej. Jak sobie pomysle o tym tygodniu przede mną to sie boję. Ciekawe ilu będzie niezadowolonych.... a że nie taki hotel, ze jedzenie nie doprawione, że muzyka nie ta....

Zaraz pólnoc mnie zastanie, znów.... dobranoc.

piątek, 19 września 2008
CHOROBOWO...

u nas...

Ja smarcze, Misza smarcze jedynie mężu się trzyma.

Wczoraj wieczorem po zaśnięciu (czyli tak koło 22.30!!!!!) próbowałam wyczyścić Miszce nos fridą. Efekt?! Histeria i płacz... tak mniej więcej przez godzine... wył i łkał... aż sie wystraszyłam, że coś mu w nosku uszkodziłam. Na koniec, gdy sytuacja wydawała się opanowana, chciał uciec z łóżka wywinął efektowne salto... i apiać od nowa.

Mało je, mało śpi, wkurza się, bo zapchany nos uniemożliwia mu spokojny sen i ciągnięcie smoka, którego wypluwa, a potem marudzi, że chce smoka i tak kółko sie zamyka...

Dziś popołudniu "na wydre" idziemy do lekarza, niestety nie naszego, bo ten jak na złość wybył się szkolić z zakresu chorób układu oddechowego u niemowląt, czy cos w tym stylu....

Mamy tydzien na wykurowanie....

Co do przygotowań to ja troche przyszalałam, fryzjer, kosmetyczka, fryzjer, kosmetyczka, manicure, opalanie natryskowe...buty wciąż nie rozchodzone.... sukienka jeszcze sie poprawia, będzie w poniedziałek, wóda w garażu, Miszkowe gajerek wisi w szafie, mężu bojkotował to wszystko oświadczając, że idzie w starym garniturze, ale wczoraj coś przebąknął, że może jednak przejdzie się po sklepach... 

Wszystko to będzie o d... rozbić jeśli będziemy zasmarkani... więc modle się o zdrowie i tyci słonka a także powiew cieplejszego wiatru...

poniedziałek, 18 sierpnia 2008
JAK SIE NIE PISZE....

to jest

1) albo miło słodko i w ogóle cacy, że od tej słodyczy tak mdli, że się pisać nie chce,

2) albo jest totalna dooopa i zjazd, że człowiek nie werbalizuje tego gówna, co mu w głowie siedzi z obawy, że werbalizacja = ziszczenie się i smród, jakiego mozna potem żałować i od którego potem nie można się uwolnić.

To tak tytułem przenośni.

U mnie wersja nr 2.

Układam sobie w głowie teksty, bo musze je zwerbalizować, choć boję się, co się potem stanie. Z drugiej jednak strony jeśli tego nie wypowiem to sie uduszę i po mnie i po naszym związku.

A data ślubu kościelnego wyznaczona i zaproszenia juz wysłane...

wtorek, 01 lipca 2008
DEADLINE

Każdy ma jakies deadline, co chwile nowy. Całe zycie teraz  to deadline. Każde do swojego deadline podchodzi różnie. I tak np. moja szwagierka miała deadline porodowy i wyrobiła się dwa dni wcześniej. Ja miałam pracowy deadline na poniedziałek a wyrobiłam się dopiero dziś. Mężu na dziś ma obrone,to tez jakiś deadline.

No i mamy nowy deadline, wspólny tzn z mężem. Jeśli "klepniemy"  u księdza to 27 września bierzemy ślub kościelny. Wczoraj zaakceptowalismy i zarezerwowaliśmy tzw lokal. Wiem znawcy tematu pukają się pewnie w łeb, że czasu jakoś teges mało. Będziemy się więc streszczać. Nie będziemy się "pałować"  przynajmniej ja nie zamierzam. Wczoraj dostałam od Pana organizatora płytę z próbkę róznych kawałków muzycznych proponowanych przez nich na weselisku, jechałam i się śmiałam z niektórych propozycji. I postanowiłam, że będe się dobrze bawić i zrobimy organizacyjnie impreze na 40 fajerek i nie chodzi tu o powiedzenie postaw sie a zastaw, a raczej o amtmosferkę, złapałam dystans i będę się tego trzymać. A piszę w liczbie pojedyńczej z tego prostego powodu, że mój małżonek cywilny powiedział, że zaakceptuje wszystko, co zaproponuję. Typowo męska postawa, nieprawdaż :) Dorzucam też nową kategorię: weselnik, jak nie mężu to wy będziecie świadkami mojego weselnego "niepłaowania się" :)