Mój blog ma być o tym co mnie codziennie otacza, czyli deczko absurdu, odrobina głupoty, całe kilo miłość, radości itd...
niedziela, 08 sierpnia 2010

NIgdy nie byłam przesadną "sportsmenką" nie przedkładałam siłowni nad leżakowanie na kanapie, a teraz... brak mi ruchu. Czuje ubezwłasnowolnienie ciała i wściek jak pomyśle, że spacer z Misiem to max pół godziny i to tylko "wokół komina". Ostatnio to nawet nie, bo babcia hoduje trojaczki w moim imieniu i proponuje, że ona spacer - ja leżakowanie. Tu skwapliwie korzystam z okazji leżakowania, bo wiem jaki są moje ograniczenia i jaki jest cel. Zresztą i tak ostatnie dni są wybitnie w ruchu, dodatkowo od piątku Miś w domu, bo niania ma wolne, w sobote przygotowywaliśmy tajne przyjęcie urodzinowe dla mojego brata, dziś trochę luźniej.

Od wczorajszego wieczoru a w zasadzie od dziś małżonek wrócił na łono rodziny. Choć dziś sporą część przespał :) Puszcza go zmęczenie ostatniego miesiąca. Ostatniej nocy chłopaki spali w pokoju Misia a ja miałam całe wielkie łózko dla siebie, a co ważniejsze wyłączył mi sie mózg!!! Pierwszy raz od niepamiętam kiedy nie myślałam o misiowym nocnym sikaniu, ani nie nasłuchiwałam. Mózg uznał, że ojciec zajmie sie dzieckiem i  dał sobie wolne. Tyle snów co dziś to nie miałam od niepamiętnych czasów.... Chyba trzeba będzie wprowadzić jakiś system nocnych odpowiedzialności, szczególnie moja głowa musiałaby sobie odpuścić to nocne czuwanie... nie wiem czy to możliwe.

Skóra brzucha napięta i bolesna. Wygląda mi to znowu jakiś skok w rośnięciu pisklaków. One rosną, a brzuch nienadąża. Totalne wzdęcie.

Wracając to powróconego męża, jak zwykle lekki kryzys w kontakcie. Musimy dać sobie kilka dni.  Niestety perspektywa trojaczków powoduje u mnie niespecjalne przejmowanie się tą sytuacją (przynajmnie nie tak jak w ubiegłych latach), przyjmuje to na zimno i czekam na jakieś gesty inne niż umycie auta, lub skonfigurowanie nowego telefonu. Musi też z niego opaść "kurz wojenny", bo momentami sie zapędza jakby wciąż był dowódcą na bitwie...   

a w następnym odcinku napiszę o moich lekarskich doświadczeniach, wszak mam ich sporo i moge przeprowadzić niemal studium porównawcze...  

poniedziałek, 22 lutego 2010
PEWNE TAKIE ROZDARCIE

Do niedawna wydawało mi się, że mam spore zadatki na pracocholika. Przed uropem poporzadkowałam sobie wszystko poprzekazywałam, by z czystym sumieniem poodpoczywać. Udało się. Minął tydzień. Urlop zamienił się na L4 i to takie mało upierdliwe, bo Miś u niani a ja po załawieniu najpilniejszyc pracowych spraw przez maila i telefon miałam sporo wolnego czasu i nigdzie nie goniłam. Gdybym mogła delegowac moje obowiazki na innych robiłabym to nieustannie :)

Pod koniec poprzedniego tygodnia nawet nie zatęskniłam za powrotem do pracy. Dziś rano pomyślałam, że gdybym wygrała w totolotka to jednak pieprznełabym wszystko, a nie jak sądziłam dotychczas dalej grzecznie bym pracowała rozsądnie korzytając z nadwyżki finasowej. Tak więc powrót do pracowej rzeczywistości był bolesny.

 Gdy dzień pracowy, jak do tej pory, okazał sie dość przyjemny, a współpracownicy przyjaźni jak zwykle (tak zaczynamy mieć całkiem zgraną ekipę w wydziale) to juz zaczełam się łamać, że jednak w tej pracy to bywa miło. (przypomnijcie mi te akapit jak zacznę utyskiwac na robote!!!!!)  

Tak więc jestem w pewnym rozdarciu.... pół etatu to byłoby świetne rozwiązanie :):):):):) myślę teraz usilnie jak to zrealizować....

wtorek, 29 grudnia 2009
ZNOWU
wychodzi na to, że będę musiała udowadniać, że nie jestem wielbłądem, tzn., że nie wymysliłam sobie sama projektu tylko wyłącznie po to by zarobić na tym kase... Retoryka to potężne oręże, a mnie trafia bo ja prosta dosć dziewucha jestem.... to tyle...
środa, 24 czerwca 2009
A W SALONIE...

Nie mam weny, ale mam chwile, postanowiłam więc opowiedzieć wam o naszych rodzinnych perypetiach w salonach samochodowych.

Sytuacja nr 1

Zastanawiamy się nad zmianą auta dla mnie. Ja mam dość sprecyzowane życzenie, które jednakże nie wiem czy sie ziści i chciałaby "todżote" i to wcale nie tą najmniejszą :) a wręcz przeciwnie :). Mój mąż wybrał się na rekonesans do salonu tej szanowanej marki. Rozmawiają z panią, mój mąż pyta o to i o owo, wreszcie mówi: "a co ze światłami kesnonowymi do tego modelu?"  Pani odpowiada: "a po co jej kesenony?" mój mąż sie niepotrzebnie tłumaczy: "Bo żona słabo widzi w ciemnościach?", pani z salonu na to: "to niech idzie do okulisty!!!" oklaski, kurtyna... 

Sytuacja nr 2

mój brat pracuje w pewnym koncernie. Cała firma używa samochodów jednej marki na "S". Wydawałoby się poważny klient dla tego salonu. No i jedzie brat do salonu, bo klima coś szwankuje, a przy okazji mówi chłopu w salonie, że kluczyk mu się nie otwiera. Pan rzucił okiem z daleka mówiąc, że uszkodzenie mechaniczne i naprawiać nie będzie, a poza tym rzucił na odchodne: "trza było sobie nim nie grzebać"....  ament

jak tak dalej pójdzie rozważam założenie nowej kategorii:)

piątek, 02 stycznia 2009
NOWOROCZNE POSTANOWIENIE

pierwsze wparwdzie krótkoterminowe juz poszło w pizdu... obiecałam sobie dzis pilnie popracować porządkując w pracy to czego jeszcze nie uporządkowałam i... niestety obijam sie od rana klępiac w kompa, niekoniecznie w powaznych pracowych sprawach (swoją drogą sczeźniemy jeśli na kiedyś założą blokadę, czy inny komputerowych monitoring)

następne to schudnąć (he he to jedno z 3 najpopularniejszych postanowień noworoczych całej polskiej ludzkości, oprócz rzucania palenia i nauki obcego języka). Do zrzucenia mam ho ho, więc jest plan i biorę się do roboty od poniedziałku (he he od poniedziałku mam nadzieję, że najbliższego).

i to chyba tyle postanowień... nie jestem zbyt ambitna prawda....

a reszta, to raczej noworoczne życzenia dla siebie samej i naszej rodzinki... jak się spełnia to dam znać, choć raczej marne szanse... zobaczymy jak się ten rok rozwinie.

poniedziałek, 29 grudnia 2008
OSTATNI WIGILIJNY PIERÓG

Moi rodzice i brat na wigilie i święta wyjechali zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami do naszej cioci. My zostalismy jak wspomniałam sami w domu. Na wigilijna kolację jedlismy więc zakupione na szybko rivioli. W pierwszy dzień świąt dołączyliśmy do nich na kilka godzin w porze bardzo późnego śniadania. Zasiedliśmy do stołu. Ja wypaliłam: "no to dajcie mi chociaż z jednego prawdziwego świątecznego pierożka" i wbiłam widelec w owego pierożka. Wrzuciłam go na talerz i zaczełam sie do niego dobierać, ale powstrzymały wbite we mnie kilka par oczu i głos mojej kuzynki: "ale to było ostatni pieróg z wigilii..." Zastygłam mniej więcej jak w filmie z kawałkiem pieroga wędrujacym do paszczy. "Ale co? o co chodzi? co? więcej nie ma? chcesz pół?" Kuzynka uświadomiła mnie, że kto je ostatniego pieroga wigilijnego temu powiększy się rodzina. "Ale dzisiaj to nie wigilia" próbuję się bronić, "ale ten pieróg jest z wczorajszej wigili" pogrąża mnie kuzynka. 

Tak więc jeśli wierzyć w przesądy w przyszłym roku czeka nas powiększenie rodziny :)  Mój mąż beztrosko zdaje się wyrażac poglad, że czemu nie, podając argument, że wózki itp przeciez jeszcze są. A ja sie jeszcze porządnie nie wyspałam... i śniły mi sie bliźniaki mojego kolegi.... widze oczyma wyobraźni nadciagającą manianę...no cóż chce mieć jeszcze jedno dziecko.... niech mnie przykonuje ;)

Czy u was tez są takie dziwaczne przesądy wigilijne??? Np że w wigilie w domu pierwszym gościem musi być mężczyzna, bo baba prznosi pecha??? 

wtorek, 07 października 2008
TRUDNY CZAS

Teoretycznie jestem na urlopie, bo niania ma zabieg operacyjny... praktycznie szarpie sie w projekcie. Walczę z sobą aby nie mówić brzydkich wyrazów, ciśnienia nawet nie sprawdzam ze strachu przed tym co moge zobaczyć na cisnieniomierzu. Wścieka mnie tworzenie bezsensowynych nie wymaganych przez żadne przepisy dokumentów i rzucanie tzw kłód pod nogi, albo np. podważanie parametrów komuterów, które chciałam kupić, mówiąc "ja się na komputerach nie znam, ale..." Nie wiem po co jej kierownik projektu, czyli ja. Ale powoli zaczynam obojętnieć. Zrobimy w projekcie to co zdążymy zrobic i tyle. Reszta kasy zostanie zwrócona... a swoją drogą szkoda, że wciąż marszałek nie może sie zorganizowac by ją nam przelać.

Z fajnych njusów. Misza zaczął na poważnie dreptać. Narazie wciąż sie obija, ale jest coraz bardziej zdeterminowany. No i zrobił sie taki przytulaśny... słodycz.. o ile różek mu jakiś wlaśnie nie wystaje z jego blond loczków :)

wtorek, 19 sierpnia 2008
OGÓRKOWA MASECZKA

Źle sie dziś czuję, chyba jakaś alergia plus kiepsko przespana noc. Efekt oczy pieką a oczodoły płoną.

Jedna koleżanka poradziła położenie sobie plasterków ogórka na oczy, druga udostępniła ogórka. Usiadłam, polozyłam sobie te plasterki na oczy i na to wchodzi mój szef... i mówi...:

"moje dziewczyny tez tak robią, ale to pani nie pomoże, jutro przyniosę pani prawdziwego ekologicznego ogórka gruntowego z mojego ogródka"

gdzie ja znajde lepszego szefa...

czwartek, 17 lipca 2008
PHI...

siedze z nogą na kartonie z papierem (noga ma byc wyżej!) i walę w klawisze... pracowe. Tak, tak zostałam ściagnięta z urlopu, bo... na jutro jest wniosek do złożenia, he he he... żeby panować nad sytuacją, dobre sobie... jako taki anioł opatrznościowy... naprawdę wzruszające.

Inną kwestia jest to, że im (nam) żaden anioł nie pomoże. Z różnych względów np braku podstawowych dokumentów (które pewna osoba miała przygotować a jeszcze ich nie ma) bo nie ma najmniejszych szans, zeby to cos przeszło przez pierwszą ocenę... i wszyscy niby o tym wiedzą, ale udają, że jest git i na pewno się uda... a jak sie nie uda to pewnie psy wieszac będą na nas... ale co tam... był czas przywyknąć jak mawia mój cywilny.

Co do Miszki to była to klasyczna trzydniówka z wysypką :) w sumie to mi ulżyło... a zęby dalej go męczą.... nie może jeść i wścieka się bo jest głodny... kaszan, mówie wam, szczególnie w nocy... wczoraj dojrzałam dolne dwójki...

po przerwie wracam, by wykonać kawał dobrej nikomu nie potrzebnej roboty...adios

piątek, 27 czerwca 2008
HAŁ HAŁ ODSZCZEKUJĘ

Zaryzykuję wpis pracowy mając nadzieję, że nie wszyscy czytają blogi, szczególnie takie małouczęczszane.

Zakładając, że ufam, że facet mówi prawdę muszę pewne rzeczy odszczekać.

Przy tak zwanej okazji, zupełnie w innym temacie z moim bezpośrednim szefem ześlizgnęliśmy się na kwestię wysokości nagród. Wyraziłam zdanie zupełnie spokojnie, że przykro mi było widząc wysokość otrzymanej przeze mnie ostatnio nagrody.

Otóż mój szef powiedział, że wnioskował o zupełnie inną kwotę dla mnie i dziwi się, że pewna grupa trzymająca władzę, która jak się okazuje ma niebagatelny wpływ na szefa szefów, w tym przede wszystkim pewna baba zrobiła korektę jego propozycji nagrody co do mojej osoby. Oczywiście powołując się na fakt, że nie przepracowałam całego roku.... (taaaa byłam na Bahama).

Mój szef zdziwił się takim brakiem kobiecej solidarności, i tym że facet musi walczyć o takie rzeczy. Było mu również przykro, że szef szefów to łyknął. Krótko mówiąc zostałam ukazana, za zajście w ciążę.

Nie sądzę, że facet próbuje się „wybielać”  a przez ową babę już kiedyś zdarzyło mi się uronić łzę wściekłości i mogę spokojnie sobie wyobrazić, że jest do tego zdolna. W świetle tych nowych okoliczności.... jestem ciekawa co będzie z mojego „awansu” jeśli dobierze się do niego grupa trzymająca władzę. Jak bardzo będzie ich koleć w oczy mój własny gabinet.

Wiem, że mój szef nikomu nic nie powiedział i idzie załatwiać sprawę bezpośrednio z szefem szefów z pominięciem działu kadr. Sytuacja zaczyna być coraz ciekawsza.  

Tia o lajf......

Powiem wam, że ulżyło mi po tej rozmowie... ciesze się, że nienawrzeszczałam na szefa. 

Bawcie się dobrze w pierwszy wakacyjny weekend.

aaa ps. Mój brak niechcący nie pojechał z mudżahedinami do Paryża :)  w zasadzie to ufffff

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13