Mój blog ma być o tym co mnie codziennie otacza, czyli deczko absurdu, odrobina głupoty, całe kilo miłość, radości itd...
czwartek, 19 maja 2011
RADOSNA TWÓRCZOŚĆ

Byliśmy we dwoje w pokoju maluchów, go zgłodniały wszystkie trzy równocześnie i była maniana. W tym czasie Michał bawił się w salonie. Spuściliśmy go z oka na jakieś 3-4 minuty. Mąż zaglądnął kontrolnie do niego i jak nie krzyknie "Michał coś ty zrobił" to byłam pewna, że znowu próbował wleźć na kominek. Tymczasem okzało się, że Miś porysował flamastrami naszą skórzaną kanapę.

Pierwszy raz od dawna miałam ochotę Misiowi najzwyklej na  świecie złoić skóre. I to nawet nie dlatego, że to zrobił, ale dlatego, że potem głupkowato się uśmiechał jak z dobrego psikusa. Wogóle nie czaił, że coś zniszczył. Ot nie da się zmyć. Choć wrzałam w środku, to jednak zachowałam spokój, bo mąż był wściekły, tym bardziej, że pół godziny wczesniej sprzątnął całą chate.

Środkami które mamy wycziścić się kanapy nie dało. Może ktoś zna jakiś sposób???

Zastanawiałam się co powinnam zrobić, jak go ukarać. Mąż powiedział, że ma zapomnieć o oczekiwanym rowerze, a ja dorzuciłam również grę (miał być grzeczny do piatku, a wtedy dostać grę). Miś dostał gąbkę i miał szorowac do skutku.  Ale to w pewnym momencie zaczeło go bawić. I niech mi ktoś podpowie, jak ukarać małolata za coś takiego? Jak zrobić, żeby przyswoił fakt, że coś zniszczył, coś co lubiliśmy?  

wtorek, 21 września 2010
NO I KIEDYS MUSIAŁO TO NASTĄPIĆ...

bylam na wizycie u doktora. Wszystko wporzo, ale... strach powoli pada na okolice i nikt nie chce brać odpowiedzialności za wolno (w sensie luzu a nie szybkości) chodząca trojaczą ciążę powyżej 30 tygodnia. Choć nie ma wskazań położniczych to jedak postanowione - od poniedziałku szpital. Trudno przyjęłam tą decyzję. Prawde mówiąc liczyłam, że przed 32 tyg nie wyląduję w szpitalu, ale argumentem jest takze fakt, że w 31/32 przyszedł na świat Miś, więc... może sie numer powtórzyć. Próbowałam negocjować, ale nic nie ugrałam z doktorkiem. Jak mi nie "podregulują" (tzn podniosą) ciśnienia to moge sie bujać i bujać nawet do owego 36 tyg. ale bujac będę sie w szpitalu. Choć sama myśl juz podnosi mi ciśnienie i czuję jak z nerwów cała pulsuję.  

Został mi niecały tydzień, żeby pozałatwiać to co jeszcze pozostało, zapakować torbe i wio! Jak łatwo sie domyślać największym moim zmartwieniem jest Miś, bo chory i niec nie je i histeryzuje przy każdym kęsie, bo chyba wiedziony jakimś pierwotnym  instynktem czuje nadchodzace zmiany i mnie nie odstępuje, bo w nocy woła gdzie jest moja mamusia i gdy mu wspominałam o moim pójściu do szpitala powtarza wciąż, że mnie bardzo kocha i że będzie tęsknił (urodzony marketingowiec po tatusiu i po chrzestnym).

Wciąż nie wiem, czy dobrze robie decydując się, że leże u siebie a nie w Poznaniu.

Co by zmienic temat. Spotkaliśmy sie w niedziele z pewną mamą trojaczków. Dostaliśmy namiary i cynk, że chcą sie pozbyć potrójnego wózka. Babeczka mnie normalnie rozwaliła swoją otwartością, serdecznością a uśmiech nie schodził jej z buzi. Na koniec na pytanie ile za wózek, odpowiadziała, po pierwsze wie ile kasy potrzeba dla trojaczków, po drugie, że sama go dostała, więc nie chce pieniędzy!!! Cene ustaliłyśmy na złotówke + vat w postaci zaproszenia na kawe :)

Wypędzlowany na fioletowo Miś śpi u mojego boku, jutro jedziemy na kontrole, a pisklaki wariują dziarsko w moim brzuchu nie robąc sobie nic z ograniczen lokalowych.

Jest duże prawdopodobienstwo, że będę miała neta w szpitalu, wtedy postaram sie byc z wami na bieżąco, ale  to jeszcze nie wiadomo na 100% :) tymczasem ide łyknać porcyjke tabletek i dobranoc.

sobota, 18 września 2010
:(

po czwartkowym powrocie z przedszkola Mis dostał wysokiej gorączki i niestety ten stan mu sie utrzymuje z niewielkimi przebłyskami po podaniu nurofenu. Już druga nocka z rzędu była trudna, a ostatnia była samotna. Pan Doktor każe mu walczyć, więc walczy a ja z nim. Mężu był wczoraj prawie cały dzień, ale wieczorem wyjechał i będzie jutro przed południem. Gdy go nie ma ogrania mnie poczucie porzucenia na polu walki. Może inaczej byłoby, gdyby nie to, że ledwo łaże, że brzuch mnie ciągnie, że czuje się jak niepełnosparwna bo poruszanie, wstawanie sprawia mi problem, że Miś wisi na mnie i nie ma szans na np chwile z babcią, bo wygląda na to jakby tylko mnie słyszał i rozumiał. Zresztą babcia jakaś taka zirytowana i zmęczona, że wole jej o nic nie prosić.

Wiem, że muszę wytrzymać jeszcze najlepiej z 5 tygodni, ale czekam z utęsknieniem na uczucie fizycznej ulgi, gdy brzuch nie będzie musiał dźwigać maluchów i nie przeraża mnie ani obkurczanie macicy, ani sajgon jaki będzie potem. Choć nie, dziś poryczałam się, gdy Miś popłakiwał i marudził, a ja wyobraziłam sobie, że jestem sam na sam z 4 dzieci i nie wiem, za które brać się w pierwszej kolejności. Niestety obawiam się, że mimo bycia w małżeństwie, moje rodzicielstwo będzie raczej samotne, bo mąż będzie polował na tego mamuta...  i jakoś nie moge sie w tym wszystkim odnaleźć. Wiem, że nie można mieć wszystkiego. Potrzebuję stabilizacji, wiedzy, że o np 17 czy 18 będzie ktoś kto mnie wesprze. A tak nie jest. Teraz jest ruleta. Najgorzej znosze samotne weekendy takie jak ten.

Miś już śpi, ale wciąż popłakuje co chwile i mimo czyszczenia nosa ledwo oddycha. Bateria picia w pogotowiu. Piżamka w razie obrzygania w pogotowiu, tylko jak mając teraz przedsmak nieprzespanych nocy nie jestem pewna czy dam rade i bycie w pogotowiu dla trójki maluchów i przedszkolaczka.

Sorry za takie smęty w sobotni wieczór, ale już od dawna przestał on mi sie kojarzyć  z szaleństwem i dobrą zabawą, a raczej z samotnością i frustracją.

Mimo wszystko miłego weekendu.     

czwartek, 05 sierpnia 2010
DALEKO JESZCZE???

to pytanie w różnych odmianach słyszę ostatnio dość często.  Ano daleko, że ho ho, ze 2 miesiące conamniej chciałoby się rzec. Ja próbuje sie pocieszać mówiąc sobie to tylko 2 miesiące...

Po badaniu wszystko ok. Dzieci (w składzie 2 chłopów i wisienka) mają wszystko na swoich miejscach i dobrze funkcjonujące. Rosną równo i jak na drożdżach. Każde po pół kilo!!! To prawie już tyle samo dziecka, co Miś po urodzeniu!!! a trzeba pamiętać, że dodatkowo każde ma swoje "gniazdko"!!!

Pani doktor "pocieszyła", że brzuch taki jaki jest teraz to pestka w porównaniu z tym co będzie... ze mną tez wszystko ok. Dostałam leki na przyspieszony puls, ale mam bardzo uważać, bo obniżają ciśnienie i mam nie przegiąć. Szyjka ok. Na wadze wciąż tylko +5.

Od jutra Miś ze mną cały dzień w domu, bo niania jedzie na urlop. Juz wymyślam plan zagospodarowania 3 latka.... Ze względu na mój stan nie będzie biegania po łące, ani przepenionej plaży, będzie natomiast kino, fikoland, malowanie łapkami i !!! jego ostatnia namiętność wycinanie z papieru i przycinanie roślin. Zakupiłam właśnie w Lidlu zestaw bezpiecznych (mam nadzieje) nożyczek z różnymi wzorkami oraz farby do malowania łapkami. No  będzie tata!!! miejmy nadzieje od przyszłego poniedziałku ( z przerwą na stolyce grrrr). Tata, który wraca juz na noc do domu) jest bardzo trendy...nawet sikać razem chodzą. 

a muszę ponownie wypróbować ciastolinę, która u większości dzieci sie sprawdza, a u Misia jakby mniej... może to kwestia nieodpowiednich akcesoriów...

I mam sny o bieganiu takim bardziej długodystansowym. Zdarza mi się, że całe noce biegam po jakichś szlakach, pomiędzy polami, polnymi drogami. Czasem nie moge potem znaleźć drogi do domu. Ale to bieganie sprawia mi naprawde dużą przyjemność. Muszę zastanowić sie co z tym "fantem" zrobić jak się maluchy urodzą. Na chwile obecną przytoczona potrójnym ciężarem obiecuję sobie, że juz więcej się tak nie zapuszcze i rusze do boju i będę laska. Ciekawe co mi z tego zapału zostanie później, gdy sen będzie towarem deficytowym.

Kurcze, czy tak myśli wielodzietna matka polka??? Zamiast o przecieranych zupkach, a o odchudzaniu jak tylko pobędę się mojego balastu. Czy matka polka mówi "balast" o mieszkańcach swojego brzucha??? Najprawdopodobniej nigdy nie będę potrafiła zagrać tej roli...

ide gotować zupe na obiad, może mój gad oprotestowujący ostatnio większość żarcia przełknie rosołek...

niedziela, 01 sierpnia 2010
PRZY NIEDZIELI

rozmawiałam z mężem (krótko), zmęczony jak pies. Już od jakiegoś czasu nie wścieka mnie jego brak (wszystko jest widocznie kwestią przyzwyczajenia), ale czekam na ten jego powrót do rzeczywistości bardzo. Już tylko dziś i pozostaje posprzątać po woodstocku. Mam wciąż nadzieję, że mężowa obietnica środowego wyjazdu do Poznania zostanie dotrzymana.

Na pytanie o moje samopoczucie odpowiadam: "srednio" albo "różnie". Mężowi dodałam, tak juz teraz będzie. Niestety euforycznych dni coraz mniej, a zwykle jest tak, że jak fajnie jest do południa, to odleżakowuję to po południu lub odwrotnie. Kondycji ZERO. Wejście po schodach = palpitacja serca. Poza tym zastanawiam się wciąż nad możliwościami granic rozciągliwości skóry. Smaruje ile wlezie, mało myje (żeby nie wysuszać!!!) a tu jeszcze mam nadzieje conajmniej 2 miesiące przede mną...

Miszce brak atrakcji. Babcia zamiast spaceru woli poodkurzać. A ja nie dam rady spacerować, a odkurzać nikt tak nie potrafi jak babcia... W ogóle babcia wpadła ostatnio w (to za Iksińską) kurzy szał. To w przeciwieństwie do mnie. Ja realizuję plan minimum, bo perspektywa przeprowadzki powoduje myśl, że po co mam sie wysilać, jak i tak będzie rozpierducha przeprowadzkowa.

Miszke użarła dziś pierwszy raz pszczoła albo osa, nie widziałam, choć stałam obok. Płakał rzewnie, musiało go bardzo boleć, całe popołudnie uważał, żeby nie dotykać rączką czegokolwiek. Niestety oprócz przemycia wodą i przyklejenia plasterka (!) nie dał sobie nic zrobić. Mogłam go tylko tulic i żałować :) Żądełka nie widać, szczęśliwie opuchlizna malutka, tylko przy samym miejscu ukucia. Czyli nie ma jakiś niepokojących objawów alergicznych. Rączka jednak obolała...

To tyle na dziś... cmok cmok....

czwartek, 29 lipca 2010
SĄ TAKIE DNI...

jak dziś.

Pogoda za oknem taka o jakiej marzyłam w czasie upałów. Błękitne niebo z pojedynczymi chmurkami, chłodny (może ciut nawet za bardzo) prąd polarno-morski, ideał... a jednak wszystko jest do d...

Ciśnienie w normie, a serce wpada w jakąś osłabającą mnie palpitację, ledwo stoję na nogach. Kiepskie samopoczucie od razu powoduje czarne myśli. Nawet pani w sklepie to zauważyła, że dziś ze mną coś nie tak.

W żołądku jakaś gula, najpierw myślałam, że  z głodu, gdy zjadłam okazało się, że gula wciąż tam jest. To chyba lokatorzy napierają na narządy i powodują gule...

Mam ochotę się zapaść i przespać tę niemoc.

Mam wyrzuty sumienia, że oddaję dziecko do niani i nawet nie potrafię się nim dobrze zająć.

W kuchni pełno mrówkowych trupów i już miałam odtrąbić zwycięstwo, ale jednak niektóre "trupy" wciąż ruchliwe.

Miś zaliczył w nocy 2 wpadki sikowe!!! Za każdym razem spóźniłam się dosłownie o kilka minut z wysadzeniem go, przez co też czuję się jak matka nie potrafiąca w porę zareagować... Dośiwadczenie zbliża mnie jednak do znalezienia klucza, co do precyzjnych godzin koniecznej reakcji. Mam dość prania pościeli... 

Nie mam siły, choć wczoraj nią tryskałam!!!

Mąż wiadomo gdzie..., już (jak zwykle na tym etapie roku) przyzwyczaiłam się do tego stanu rzeczy. Jednak mantruję sobie "jeszcze tydzień, jeszcze tydzień i będzie po"

Obiecałam sobie po rozwiązaniu zrzucić wszystkie nadprogramowe kilogramy. To dziwne, te kilka tzn 5 dodatkowych kilosów daje mi się wybitnie we znaki. Wyglądam jak wieloryb i tak sie czuje.

Dodatkowo pani w sklepiku, ta co stwierdziła, że coś dziś ne teges wyglądam, rzekła coś na kształ: "pani to już chyba ledwo chodzi, już nie długo, co?" więc jej odpowiedziałam, że jednak jeszcze długo... miała minę jakby mówiła, "coś kobieto ściemniasz, widze przecież, że za chwile urodzisz"

To se pomarudziłam...

piątek, 16 lipca 2010
KRYZYS WOODSTOCKOWY CZĘŚĆ BODAJ 10.

Policzyłam to mój 10 Woodstock z moim mężem. Zawsze myślałam, że najgorszy czas w roku to okres końca listopada i moich urodzin. Zaczynam zmieniać zdanie. Czas przygotowania do Woodstcku to czas kiedy jestem permanentną samotną matką i przez około miesiąca nie moge liczyć w żaden soposów na mojego męża. Co roku wszystko zaczyna sie coraz prędzej. W tym roku juz od około 5lipca męża w zasadzie nie ma w domu. Tzn wyjeżdża o 6 a wraca około 22. Po następnym weekendzie pewnie już nie będzie wracał wogóle, no może żeby podrzucić pranie. W tamtym roku byłam bliska rozwodu, w tym z dodatkowym obciążeniem jestem bardziej organiczona w organizowaniu nam czasu. Co mnie wkurza jeszcze bardziej.

W środę jade do Poznania do kliniki na badania, zganijcie kto mi będzie towarzyszył? Mój brat!!!! słowa nie powiem, wczoraj była o to awanturka telefoniczna... nie ma szansy by sie urwał na jeden dzień z pola bitwy. Boszzzz mam dość i czekam, kiedy ta impreza sie skończy tak definitywny. Jureczku listości!!! trojaczki chcą miec tatę! i Misio tęskni, W tym roku widać to jeszcze dobitniej niż rok temu. Wczoraj przypiął się do męża mimo późnej pory i tylko z nim chciał wszystko robić.

Dodatkowo po miesiącu L4 stwierdzam brak kontaktu z ludźmi. Zaczynam to powoli czuć. Zaczynam czuć brak zadań do wykonania, codziennych rozmów pracowych, utyskiwań na księgowość lub szefa.

Tymczasem ja walcze z upałem, opadającym ciśnieniem, praniem, sprzataniem i mrówkami (włalśnie czy ktoś zna jakiś nie toksyczny sposób na nie??? ponoc działa sól lub proszek do pieczenia), a potem pakuję manatki, odbieram Misze i ruszamy na popołudnie nad jezioro, gdzie on będzie brykał z kuzynem a ja bede moczyć giry w wodzie.  

Miłego weekendu, mój będzie pewnie bezmężowy....

poniedziałek, 08 marca 2010
CIĘŻKA NIEDZIELA

Wczoraj chciałam oddac  naszego słodkiego Misia do szkoły z internatem, najlepiej od zaraz. Krótko mówiąc dziecko się popsuło, a mi nie starcza cierpliwości żeby mu tłumaczyc tłumaczyć i tłumaczyć. Szczególnie wtedy gdy po tym tłumaczeniu widze jego bazyliszkowy usmiech i głupawy rechot. No i wszystko mi opada, a najbardziej właśnie poziom cierpliwości. Tak jakby nic do niego nie docierało. Zastanawialiśmy się nad problemami ze słuchem, ale nie na hasło "czekoladka" albo szelest papierka przybiega z najdalszego kąta domu niczym Aza nasz nieodżałowany owczarek niemiecki.

Problem wczoraj był dosłownie ze wszystkim. Jedynie spacer i wizyta w kawiarni były niemal bez zarzutu!!! Musze jednak dodać, ze w kawiarni bylismy o 12.05. i nie było zywego ducha. Mój syn był uroczy i zaczarował panie kelnerki. W domu znowu Dr. Jekyll i Mr. Hyde.  Grrrr.

Mam jeden a w zasadzie dwa ważne dla mnie problemy jeśli chodzi o Misia.

1. Niszczy zabawki. czasem mam wrazenie, że uczy się przez destrukcję. Wszystkie mozliwe koła od aut zdemontowane, parking piętrnowy - zostało rusztowanie, ulubioną drewnianą kolejke demontuje przez walenie torami w podłoge. No i książeczki (tego chyba najbardziej nie moge znieść) wygina w druga stronę, że pekają grzbiety. A wczoraj dostał w spadku po moim chrzesniaku książeczke o budowie, gdzie sa magnesowe strony i przkleja się do nich elementy (też z magensikiem ) z opowiesci. No szlag mnie trafił, gdy wziął do paszczy jeden z takich elementów i przegryzł na pół  po prostu. Nie zdażyłam normalnie zareagować. I tu mamy problem nr 2

2. Michał pcha wszystko (dosłownie) do buzi. Ślini się odkąd skończył 5 miesięcy czasem mniej czasem bardziej, teraz znowu bardziej i "od zawsze"gryzie wszystko!!! Drugi bidon do wyrzucenia bo obgryzł cały gumowy ustnik. Autkom obgryza koła i co się da, ostatnio "smakują mu wyjatkowo" drewniane tory. Cały czas ma cos w buzi. A jak nie ma co, to zawsze są własne palce. Aż się dziwię, że nie złapał jeszcze żadnego syfa. Zjadł juz tonę marchewek a pieprz na niego nie działa, na chili nie mam sumienia. I nie wiem dosłownie co robić. Najpierw myślałam, że to zęby i dziąsła, potem, że ma jakiś problem psychiczny, może jakis stres. Próbowałam obserwować go kiedy coś pakuje do buzi, ale nie znalazłam żadnej reguły.  Pan pediatra powiedział, ze mu przejdzie, pani dentystka wtedy obstawiała wychodzące "piątki", ale  one juz wyszły a problem dalej pozostał. Gryzie i ślini się??? Zastanawiam się co mu może dolegać, może ktoś ma jakiś pomysł??? Może cos przeoczyłam, może jest jakiś łatwy do wytłumaczenia powód???

No i eksperymenty z "niespaniem w ciągu dnia" trzeba jeszcze odłozyć. Wczoraj padł po 17.00. O 19.30 dostał mleko, został przebrany, przebudził się o 21. ale go utuliłam i spał do 6.30 rano.  Nie pamiętam, by kiedykolwiek tak długo spał....

Na ten tydzien to chyba wszystki notki, bo oddaję się robocie. Mam 5 dni i 6 projektów do zrobienia lub poprawienia.   

piątek, 29 stycznia 2010
ROBOTA LUBI GŁUPICH

tylko czemu akurat mnie i akurat aż tak bardzo, co? Czy ja mam gdzies napisane "jeleń", moze ktos mi cos złosliwie przekleił do pleców 

Moj bezpośredni szef na urlopie. Chyba nie mogłabym być szefem, a szczególnie takiego zwiarowanego wydziału jak nasz, kurde. Dziś po jednym 2 godzinnym spotkaniu po prostu poczułam jakby ktos wyłączył mi wtyczke z gniazdka z dostawą energii. Do tego historia zebowa, która oczekuje dłuższego wpisu.

Za tydzień urlop, czyba pora zacząc odliczać. 

czwartek, 28 stycznia 2010
WYRWAŁ SIĘ

Ze względu na mrozy Miś miał od niedzieli ograniczone spacery, do trasy "do i z samochodu". Wczoraj wychodząc od niani, mówi ona: posmarowac Misze? a ja że nie ma co, bo i tak z auta do domu... Wysiedlismy z auta a Miś zaprotestował przeciw wejsciu do domu, zaczął odsnieżać, strącac czapy mokrego sniegu z iglaków, przestawiać zasypany śniegiem kwietnik, chciał karmic ptaszyska, ganiać czarne koty sztuk 2, grabił nawet snieg. Krótko mówiąc wyglądał jak wyrwany z karceru, puszczony na wolność, usmiechniety i zadowolony, a ja tylko myslałam czy sobie nie odmrozi sobie nosam albo policzków. Ale przystałam na te harce tylko dlatego, że mróz zelzał i było calkiem przyjemne minus dwa :) A dziś było całkiem mało przyjemne 20 centymetrów sniegu i zawieja i 40 minut jechałam do pracy :(    

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22