Mój blog ma być o tym co mnie codziennie otacza, czyli deczko absurdu, odrobina głupoty, całe kilo miłość, radości itd...
poniedziałek, 13 września 2010
NASZ TRZYLATEK...

wygląda tak:

tu zadwolony z otrzymanych prezentów

Trzylatek i mega cierpliwy kot. Mam nadzieje, że nie wyglada to na męczenie zwierzaka. Zwierzak jak nie chce to odchodzi. A poza tym to tak naprawde nie_nasz_kot, tylko sąsiedzki, ale uwielbia nasz ogród i nas :) to znajda z przed_świąt Bożego Narodzenia 2009. 

a to już konsumpcja tortu urodzinowego. Nutella w środku zawsze sie sprawdza.

Mieliśmy piękny weekend. Impreza dla dzieci (w sobote) i dla starszaków (w niedziele) udała się pięknie, a pogoda nam wyjątkowo sprzyjała, było cudnie! I prezenty były ech....dech zapiera.

Czuję dobrze spełniony obowiązek... Miś miał udane urodziny a na tym w tym roku strasznie mi zależało.

czwartek, 02 września 2010
DZIECKO TO DZIWNY STWOREK

Gdy go wczoraj odbierałam z przedszkola był smutny i wystarczyło, że jakiś dziewczynka sie rozryczała, to i on miał łezki w oczach. (a ja z nim :) - tak wiem matki to najsłabsze ogniwo w tym procesie). Jednak twardo twierdził, że było fajnie i jutro tez pójdzie. No i poszedł dziś z uśmiechem na ustach!!!! Mąż twierdzi, że od szatni wręcz pobiegł w kierunku swojej sali. Przywitał sie radośnie z paniami i poszedł coś budować z klocków. Ja już nic nie kapuję. Czy to taka silna chęć poznania i przygody????

Ja chociaz byłam konsekwentna. Nienawidziłam przedszkola bez wyjątku, no ale byłam starsza i miałam wyrobione duże poczucie wolności, którą dawała mi pilnująca mnie babcia.

 

środa, 01 września 2010
NO I POSZEDŁ

Miś do przedszkola :)

Zaprowadził go tata, bo ja się póki co do takich ekstremalnych wyzwań nie nadaję :). Wczoraj cały dzień bolała mnie głowa. Mierzyłam sobie ciśnienie co godzine, ale było ok. Zwaliłam więc wszystko na stres przedszkony :) dodajmy mój stres przedszkolny.

Właśnie rozmawiałam z mężem przez telefon. Pomijając mandat za prędkość całe 100zł i 4 pkt karne - dawno mu się to już nie zdarzyło :) wszystko poszło dość gładko. Odnaleźli z Michałem szafkę, potem salę, a w niej panią którą ostatnio Miś sobie upatrzył. Mąż porozmawiał z panią o obtartej Misiowej nóżce (wczoraj owszem mówił, że bucik jest za mały, ale mu nie uwierzyłam :), żeby pozwiliła mu biegać w skarpetkach. Potem Miś złapał panią za rękę i powiedział: "tata to ty już idź".

Wiem, że może się jeszcze wszystko zmienić, ale póki co cieszę się z takiego obrotu sprawy, choć mąż poczuł się "zlany". W razie czego mam telefon przy sobie... mam nadzieję, że odbiorę Misia nie zapłanego, nie zasikanego, i nie głodnego :)  

Wciąż nie moge uwierzyć, że to już przedszkolak...

czwartek, 26 sierpnia 2010
NOSTALGICZNIE

Za 2 tygodnie z malutkim hakiem (11.09) Miś skończy 3 lata.

Dziś bylismy na spotkaniu organizacyjnym w przedszkolu. Ogranizacja spotkania zostawia wiele do życzenia. Około 50 dzieci, a każde conajmniej z jednym z rodziców a sporo z obojgiem (tak jak i my) w jednej dość dużej sali. Dzieci różne i różnie reagujące, choć w większości dość pozytywnie. Pani dyrektor próbująca przekrzyczeć dziecięce odgłosy zabawy była generalnie niesłyszana przez rodziców. Dobrze, że byłam w ubiegłym tygodniu, bo dziś nic by mi to spotkanie nie dało. Ponieważ większość zgłosiło leżakowanie, te pozostale nieleżakujące dzieci (w tym Miś) będą musiały się dostosować... tia to sie zobaczy jak Miś sie dopasuje do spania o między 11 a 13, kiedy to Miś wykazuje sporą aktywność...     

Miś nawet był dość samodzielny, choć w pewnym momencie stwierdził, że jednak to chciałby na chwile do mamy. Potem dzieci "porozłaziły" się po salach w tym i Miś. Zostawił nas beztrosko i poszedł z panią za rękę. Chodziliśmy z mężem co jakiś czas sprawdzać stan, a wtedy każde z nas dowiedziało się od syna: "to ty sobie już jedź!". Męzu miał widziałam szklane oczy, ja sie jakoś trzymałam, choć coś w rodzaju miksu wzruszenia i dumy stało mi w gardle i trzymało mnie przez cały czas.

W pewnej chwili mąż musiał już jechać, więc poszedł pożeganać sie z Miszką, a ten zapytał czy mama też jedzie, bo jak chce to może też jechać... nasze male skrzacisko. Jakieś półgodziny później podeszłam i tez mnie odprawiał z kwitkiem, jednak gdy powiedziałam, że Ania (niania) na nas czeka, to stwiedził, że jednak możemy faktycznie iść. Te emocje troche go zmęczyły... Przyjechaliśmy do Ani, a ta nos na kwinte, że nie zdawała sobie sprawy, że to już i takie tam, że smutno jej będzie (mimo, że będzie Miszkę odbierać z przedszkola), że czas tak szybko leci... no i jak od niej wyszłam to pękłam. Ryczałam całą droge do domu i dalej sobie co chwilka porykuję, że to już, że nasz malutki skrzacik, wyrósł właśnie na prawdziwego przedszkolaka. Moja koleżanka powiedziała, że nareszcie daje dziecko do przedszkola, dla mnie to już!!!

Próbuję sobie mówić, kobieto zaraz będziesz miala gromadke maluchow i nie będziesz miała czasu na wzruszenia, wszystko będzie rutyną, a ja już trzęsę się przed wszlekimi przedszkolnymi występami, bo będę ryczeć, zamiast cieszyć sie...  Nowy etap w życiu Miszki przed nami.

piątek, 09 lipca 2010
APORTOWANIE :)

Pod wpisem z 4 lipca agpagp zaproponowała dla Misia zabawe w aportowanie. No i dziś myślałam, że padne trupem ze śmiechu.

Wyobraźcie sobie piękne popołudnie siedzimy w domku nad jeziorkiem. Chłodek od wody, chłodek sosnowego lasku. Misza bawi sie szyszkami z kuzynem a my (kobiety) sobie siedzimy i gadamy. W pewnym momencie leci tekst mojej cioci, o tym jak ostatnio jej pies wielkości buta trekingowego (w małym rozmiarze) przywlukł wielką gałąź ze sterty rąbanego drewna do kominka. 

Misza, który wydawał się nie słuchać podniósł się, znalazł kawałek suchego kija  rzucił przed siebie i mówi: aport! i patrzy na nas. Ja (głupia) bezwiednie palnełam: no to aport! Misza poleciał po badyla... uklęnął na czterech i (!!!) wziął patyk w zęby przybiegł do mnie i wypuścił mi przy nodze. Zaskoczyło nas to tak bardzo, że nawet nie krzyknęłyśmy, żeby nie brał go do buzi!!! I niewychowawczo wybuchłyśmy wszystkie śmiechem. Dopiero potem palnęłam gadkę o bakteriach i robalach i niebraniu takich rzeczy do buzi.

Tak więc... kazdy kij ma 2 końce, a każda zabawa swoją ekstremalną wersję :)

Pozdrawiam weekendowo. 

czwartek, 22 kwietnia 2010
COKWARTALNY FIŚ

Zauważyłam, że moje dziecie ma tak co jakis kwartał dostaje (i tu użyje słowa brzydkiego, ale jak najbardziej adekwatnego) PIERDOLCA. Właśnie jesteśmy w fazie pierdolca i ledwo trzymamy się (my rodzice) pionu. Co ciekawsze, żeby nie popaść w rutynę, Michał w kwestii pierdolca ewoluuje, zaskakuje i każe rodzicom wymyślać co rusz to nowe rozwiązania... niestety nasze dotychczasowe doświadczenie zawodzą.

Sięgnęłam wczoraj po mądre książki i niestety nic tam nie znalazłam co mogłoby nam pomóc, albo czego byśmy jeszcze nie wykorzystali.

Od ponad tygodnia Michał chodzi jakby nagle dostał wścieku. Przede wszystkim wrzeszczy i krzyczy zamiast mówić (choć jak twierdzi nie lubi krzyku a my mówimy raczej spokojnie). Biega jak szalony bez względu jak długo był na dworze. Trzaska drzwiami. Wszysko poszyte agresją. Momentami zastanawiam się, czy nie powinien komus dac w morde, żeby się rozładować.

 Wije się jak piskorz, gdy próbujemy chodzić a nim za rękę, zachowuje się znowu jakby nie słyszał, ale sprawdzliśmy ten "niedosłuch" jest dość wybiórczy. Ze zdania "zrobisz kupe do nocnika a kupimy wóz strażacki", słyszy tylko drugą część zdania. Znowu jest "ja chcem tu i teraz natychmiast".

Co dziwniejsze u nani jest OK, dopiero w domu mu odwala. I co najbardziej mnie załamuje. Nie ma mozliwości dogadania się z nim używając ciagu przyczynowo- skutkowego. W prostych rzeczach, takich tu i teraz, owszem, ale już w bardziej skomplikowanych zapomnij!  Próba ściagnięcia na pomoc sławetnej "cioci Elizy" która swoim głosem zaczarowuje (albo odczarowuje) nam Michała nie wchodzi w rachube, bo chora.

Niech ktoś wymyśli przedszkole z internatem!!! :):)

Przemawiamy, że może mówic normalnie, bo dobrze słyszymy, tłumaczymy, że źle się zachowuje, że nie podoba nam się to co robi bla bla bla, próbujemy od przekonać, że za takie zachowanie może zapomniec o jakiejkowiek bajce, nic, dosłownie nic, zero reakcji.

Wczoraj w obuwniczym przy kasie stoi matka z taką 4 i pół latką, która jęczy: "mamo mi sie chce pić!", Matka jej na to: "ale nie ma tu żadnego sklepu z piciem" a ekspedientka chciała byc pomocna i rzezce na to "ależ jest to za rogiem!" Została zgromiona wzrokiem, a ja zaczełam sie śmiać. Ta na mnie, a ja tylko dodałam, że mam prawie 3 lepniego syna, którego mąż własnie wyprowadził ze sklepu!  A ta matka odpowiedziała mi, że jaj jej córka miała 3 lata to bała sie znią gdziekolwiek wychodzć.

Kurtyna

Poradżcie co mam gadowi zrobić, żeby dotarło do niego.

Jeszcze jednego dnia takiego jak wczoraj moge już nie wytrzymać.

piątek, 05 marca 2010
ANGIELSKI 2+

Znalazłam u nas w mieście warsztaty dla mam i dzieci. Oczywiście jak napaleniec na to by Mis zaczął przyzwyczajać sie do spędzania czasu z rówieśnikami, zapisałam się i jego. Patent polega to na tym, że w tym samym czasie swoje zajecia mają dzieci a osobno mamy. Oczywiscie założenie to jest słuszne wtedy gdy dwulatki, które nie chodziły do zadnych instytucji jak np złobek  będa chciały zostać z jakąs obcą panią i wrzeszczącymi dziećmi bez opieki mamy :). Założenie generalnie skazane na porazkę :)

Wybierając zajęcia kierowałam się tym, by nie były one statyczne. Padło na Angielski 2+, który polegał na zabawie naśladownictwu i podskokach i takich tam.

Pani prowadząca  prosiła, by wprowadzić dziecko do sali, dać całuska, zostawić i wyjść za drzwi. W przypadku płaczu dziecko było prowadzone do rodzica, będącego na zewnatrz, który miał je utulić i uspokoic a następnie ponownie zrobic to co na wstępie. I tak do skutku. Ot pomyślałam taki trening przedprzedszkolny.

Ja zrobiłam co mi kazali, ale niestety większość rodziców nie była taka subordynowana jak ja. A to pchali się żeby zobaczyc przez drzwi choc na chwile swoją pocieche, a to ryczące dziecie zamiast wziąc na bok stali z nim niemal w wejściu nie mogac uspokoić i płacz udzielał sie następnym... rodzice byłi duzo bardzej nerwowi i zestresowani niz dzieci. Grupa dzieci była za duża do tego rodzice, no tłum. Niestety nerwowość rodziców udzieliła sie maluchom. No i Mis wyszedł w pewnym momencie zaryczany i szlochający. Tłum rodziców i dzieci kłębił się przed wejsci doo sali. Poszliśmy w najodlegleszy kąt i Miś zaraz sie uspokoił. Nie wrócilismy tam od razu lecz odczekalismy "nawałnice". Po kolejnej fali płaczu sporo osób zrezygnowało z puszczenia dziecka na zajęcia. No i właśnie wtedy przystapiłam do akcji. Przed drzwiami jedna mama i w końcu spokój. Wprowadziłam Misia, pani kazał mi uściąść przy drzwaich i sie nie odzywać, a potem wyjść.  Wchodzilismy tam i wychodzilismy kilka razy. Mis z uśmiechem na ustach wytrwał do końca zajęć. Są dobre rokowania na przszłość.

Uf ale była zmęczona po tym wszystkim. 

środa, 17 lutego 2010
ECH

Zżarło mi wpis... długi był...

powtórze się tylko w jednej kwestii. Michał zaczął mówić o sobie w pierwszej osobie!!! i jeśli chodzi o odmiane czaswnika w 1 o. l.poj. robi to w zasadzie bezbłędnie!!! Naśladownictwo to potęga w uczeniu!!!

Jego świadome "ja" może też tłumaczyć jego zmiane w zachowaniu, to że jest śmiały i odważny w kontaktach, a nie jak dotychczas trzymajacy mojego odzienia. Zobaczymy jak zachowa się na dzisiejeszych nowych zajęciach, gdzie ma zostać sam, bo ja mam zajęcia dla siebie w sali obok. he he coś nie bardzo wierze w jego odwge...

narazie 

poniedziałek, 16 listopada 2009
BAJKOWA WPADKA

Miałam napisać o Misiowym słowotwórstwie, bo jest jak zwykle u dziecięcia w tym wieku genialne, rozkoszne i rozbrajające, jednak po wpisie o smoku wawelskim u Trusi musze wspomnieć o dzieciowych bajkach. Tak, tak ogląda!!! Fakt że są one limitowane i wybierane (w zasadzie głównie na dvd) i trudno o jakąś przypadkowość, tak że nie ma strachu, że Mis trafi na jakiś japoński horror, a jednak zdarzyła się nam wpadka.

Puściliśmy Misiowi "ilka i ająca". W zasadzie po przytarganiu płytki do domu głównie zasiedli przed ekranem dorośli chłopcy, czyli mąż, dziadek, mój brat i Misio. Po kilku prezentacjach Misio zapałał uczuciem do łobuza wilka i zaczął brać z niego zły przykład. Ba! któregoś dnia wracając od niani wprowadził mnie w osłupienie gdy oświadczył, że "ilk pali papierosy". Nie wiem czy mnie bardziej zaskoczyło to, że zauważył taki fakt, czy to, że zna słowo "papieros" (dziękujemy babciu!!!). Co więcej potem zaczął wkładać kredki do buzi mówiąc "ilk pali papierosy". Wprowadziliśmy embrago na tą bajkę. Stwierdziliśmy, że wilk pojechał do Rosji a zając udał sie razem z nim.

Jednakże moja niesubordynowana mama postanowiła, któregoś razu przywrócić wilka z dalekiej Rosji na puścić dziecku  jeden jedyny odcineczek. Machnęłam ręką, bo miałam juz dość tłumaczenia, że prosiłam, by tego nie robiła i wtedy stało się. Miś siedział na nocniku, oglądał, a babcia siedząc obok niego komentowała to co sie dzieje na ekranie. Nawet nie pamiętam jaka to była scena. Mis podskoczył na nocniku, krzyknął i zaczął rzewnie płakać łzami jak grochy i szlochając mówił jak nakręcony "do domku, do domku". Nie było mowy, że wystarczy tylko wyłączyć bajkę, albo puścić inną. Z gołą pupa wskoczył mi  wciąż szlochając na ręce i zażyczył sobie odwrotu do domku. Było to tym bardziej dziwne, że oglądał ten odcinek nie pierwszy raz.

Powiedziałam wtedy Miszce: koniec z wilkiem , wilk wystraszył Michałka i pojechał znowu do Rosji i nie wróci dopóki Misza nie skończy podstawówki. Na pytanie "a ając?", odpowiedzieliśmy że "pojechał do lasu". I choć było to ponad 2 a może nawet 3 tygodnie temu wciąż wraca sam do tego momentu i przetwarza wciąż opowiadając: "ilk ystrasził Mijałka i pojechał do Rosji a ając do lasu". Wczoraj z przejęciem dodał: "babcia nie puści ilka, babcia puści tylko ająca". Ament. Kurtyna. Odpadłam

ps. to trzecia próba opublikwania tego wpisu, jesli sie nie uda, to wyrzuce kompa za okno.

wtorek, 20 października 2009
PIES-KOBIETA CZYLI ZAGADKA WEEKENDOWA

Dzis z samego ranka została zupełnie niepodziewanie rozwiązana zagadka nurtujaca nas przez niedziele. Nasz Miszka mówi duzo i chętnie i nawet całkiem poprawnie. Mimo, ze nie uzywa przyimków to świetnie odmienia przez przypadki. Dlatego gdy pytam np. gdzie jest samochód? słysze "est amochód stole" albo gdy prosze Misiu siadaj prosze na krzesełku, usłysze: "Mijo est krzesełku uż.

W niedziele w drodze do tesciów Michał natrętnie powtarzał między innymi dwa słowa "pies kobietom". zachodzilismy w głowe o co może mu chodzić, próbowalismy dociekać, mój wewnetrzyny głos feministyczny póbował się dopatrzeć się jakieś "meskiej szowinistycznej swini", która edukuje za plecami mojego syna.

No i wyjasniło sie dzis bladym świtem. Podczas, gdy my się krzątaliśmy przed wyjściem Michał siedział nad poranną lekturką. W ręku miał książeczke z wierszykiem "Psie smuteczki", z którą od soboty, czyli od chwili dostania od kuzynki w zasadzie się nie rozstaje. Najbardziej podobaja mu sie wersy o tym, że nie mozna gryźć w noge sąsiada i że z nieba kielbasa nie spada. I powtarza udając, że czyta zaśmiewając sie przy tym strasznie. Dziś odwrócił na ostatnią stronę, a tam stoi ja wół: "a ostatni smuteczek jest o to, że człowiek jedzie a pies biegnie piechotą", no i Mis czyta: "pan jedzie autem a pies kobiotom". Uff feministyczny pierwiastek we mnie odetchnął z ulgą. 

A swoją drogą te godziny na studiach poswięcone temu co mnie zawsze fascynowało, czyli jak małe dzieci uczą się języków ( w tym obcych) teraz wracają i codziennie znajduje cos co było dla mnie kiedys wykładem, a dziś jest praktyką. I jest tak słodka praktyką, że powinno się to cały czas nagrywac, bo aż szkoda, żeby umykało.... te póby powtarzania wierszyków, no i coraz bardziej smiałe próby wokalne "tolat tolat niech zyjom nam" to poprostu mód na moje matczyne serce.

 
1 , 2 , 3 , 4