Mój blog ma być o tym co mnie codziennie otacza, czyli deczko absurdu, odrobina głupoty, całe kilo miłość, radości itd...
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
ZARYCZANY PONIEDZIAŁEK

zaczął sie około 16. Miś po powrocie od niani robił wszystko co potrafi, żebym zeszla... prawie mu sie udało. Dwa razy kąpałam go obsranego (najbardziej lubi robić kupe na ogródku,  a potem ja chodze i szukam min). Powiedziałam szlus koniec z brataniem się z naturą w tym względzie. Oprotestował wszystko co mu przygotowałam do zjedzenia, zresztą ja jego wyraźną prośbę. Próba sił skończyła się moim wku... a na koniec zepsuła się spłuczka co doprowadziło mnie do płaczu. Skopałam kibel i uczyłam sie sierpowiego na owej spłuczce. Ryczałam jak głupia w głos. Potem dołączył Miś, któremu zamknęłam przed nosem drzwi na dwór, bo najpierw obiad.... ryczelismy sobie oboje... w końcu usiedlismy we dwoje przytuleni na knapie rycząć sobie w ramie. Ja dalej ryczałam w głos myśląć jak kiepską matką jestem, i współczując trojaczką matki- wariatki. W pewnym momencie myślałam, że gadzina zaczyna sie śmiać, a on... zasnął i wydawał z siebie takie dziwne dzwięki. Była godzina 17.35, a ja tylko zaklęłam siarczyście, bo to oznaczało że albo obudzi sie o 20 i będzie brykał do niewiadomoktórej, albo padnie do rana... Póki co śpi. Jest mozliwość, że obudzi się o 4... ale o tym pomyśle o świcie.... tymczasem zaleguję do łóżka, bo nie wiadomo jak skończy się ta nocka...

A ten ryk, to podejrzewam, niestety reakcja na bezsilność i poczucie osamotnienia... które zresztą wcale nie jest  nowością jeśli o mnie chodzi...

niedziela, 28 marca 2010
SMS-OWY KOMENTARZ

Mam kuzynkę, z którą wszystkie romowy przez cały konczący miesiąc schodziły na temat powiekszania rodziny. Gdzieś 3 tygodnie temu powiedziała mi coś takiego, że "damy się zaskoczyć nowej ciąży". No i dała się zaskoczyć, o czy poinformowała mnie w piatek. Ja odpowiedziałam jej, że może ja też. Niestety ostatnio (wczoraj) zrobiony tez nie dal ani odrobiny watpliwości, że nie.

Dziś więc dostałam os niej smsa: "masz okres, czy dziecko?". a ja jej odpisałam: "Nie mam dziecka i nie mam okresu. Chyba mam klimakterium"

No i właśnie. Przestałam obsesyjnie myśleć, że testy ciążowe kłamią. Zaczęłam się natomiast zastanawiać, jaki moze być powód tego stanu rzeczy. No i wpadły mi do głowy 2 powody.

NR 1 to stres. Choć to bardzo rzadko mi sie zdarzało, to przecież może być powód. To by oznaczało, że ostatni czas był dla mnie przed wszystkim pracowo bardzo stresujący i wykańczający (tia wystarczy na mnie spojrzeć, ale kosmetyczka umówiowna na jutro a fryzjer na czwartek)

NR 2 to owo kliemakterium. Po zrobieniu wywiadu okazało się, że moja mama miała po 40- stce, a moja babcia (mamy mama) w wieku 36 lat!!!! Jednak, o ile wierzyć, że to geny rodziny mojego ojca są we mnie silniejsze (co widać gołym okiem i nabytymi dolegliwościami) to powinnam jeszcze długo długo...

Narazie nie robie nic, bo sądze, że po luźnym weekendzie może się odstresuję, jesli nie, to chyba powinnam pofatygowac się do lekarza, co?

wtorek, 22 grudnia 2009
GRRRRR

Nie wylkuczone, że będę musiała warowac w robocie do nie wiadomo do której... a co na to pierniczki do polukrowania, a gdzie zakup brakujących elementów do zapakowania prezentów, a jak kupić nowe buty, bo stare przeciekają. TO tak organizacyjnie.

 Gwoli uzupełnienia 2 ostatnie próby zrobienia wpisów spełzły na niczym i niestety nie przekaże wam,

że Miś zrobił po raz pierwszy kupe do nocnika (HUUUURRRRAAA), że prawie sam zasypia,

że ćwiczy swoje sz cz dż dź i wymawia już ż,

że wydałam wczoraj równowartosc swojej całej miesięcznej pensji, i pierwszy raz od nie wiem ilu lat nie spowodowało to wciąz wyrwy na moim koncie, co mnie pokrzepia, ale nie chciałbym sie tym specjalnie podniecać, by wywoływac wilka z lasu, bo zaraz np wpadnie nieplanowana naprawa czegoś... 

a wesołych świąt to będe wam zyczyć jutro. Tymczasem  ide na zwiad, może jedna ważna rada da rade bez mojej jakze skromnej osoby...

czwartek, 05 marca 2009
BLOXO_ZDYCH

czyli jak tak dalej pójdzie to mój blox zdechnie... w pracy duzo pracy a będzie jeszcze więcej i jeszcze chaotyczniej. W domu coraz częściej jestem w roli samotnej matki, a Miszka absorbujący jest niesamowicie. Np wczoraj pierwszy posiłek po przyjsciu z pracy zjadłam, jak go położyłam wieczorem spać!!! Takie rzeczy nie zdarzały mi sie nawet w głębokim niemowlęctwie... 

Do tego chyba zupełnie nie przemyślawszy sparwy jakis czas temu zapisałam się na angielski i od marca pora zacząć chodzić.... niestety mąż na wyjeżdzie, a w trakcie tygodnia niespecjanie moge liczyć na moja mamę przed 19... a potem i tak ja musze mlodego wykąpać i połozyć spać, a gdzie jeszcze sprzatnie, gotowanie (bo Misza znów oprotestowuje obiady) itp. padam na pysk tak około 23... 

Nie nie żale się, w zasadzie to się wkurzam na ta sytuację, bo nie tak miało być....

wtorek, 20 stycznia 2009
GLUCIOR RULEZ

Plany jak to plany.... ech... powtarzam sie.

Mężu był podziębiony już przed wyjazdem, w drodze do Wa-wy zaczal kaszleć, kichać, smarać etc. W czwartek okazało sie, że ja mam zajęcia do 15 a męzu od 14 :) bomba!!! Wrócił okolo 19, ale był w takim stanie, że żal bylo go ruszać... więc poszłam z kuzynką na malusi szoping :) W Piatek męzu miał dalej sparwy do zalatwienia, więc jedyne co mi zostało to sie dobrze wyspać. Około 12 w piatek  wyruszylismy do domu... ja zaczelam smarać po drodze. W zasadzie w soboty i niedzieli niewiele pamiętam, bo mnie powaliła chyba grypa. Choć nie, niedzielne popołudnie i noc to wysoka gorączka Miszy spowodowała , że nie pamietam nic poza noszeniem, czopkami, i nurofenem... Wczoraj wepchaliśmy się do lekarza na wydre... efekt -> do piątku kwitniemy w domu... co ciekawe po wizycie u lekarza Misza "ożył" i ma sie świetnie. To co braliśmy za grype u Miszy to wychodzące zęby tróki, czwórki, ba nawet piatki!!! wszystko jakby naraz w róznych konfiguracjach w zależnosci czy to górna szczęka czy dolna, czy lewa strona czy prawa....

dziś Miś był mega upierdliwy, i marudny, i wszystko musiało byc po jego mysli. Nawet nie dał mi zjeść sniadania! Gdy go w końcu uśpiłam pół godziny temu, to miałam ochote na mocnego drina, że udało mi się to przetrwać... a w trójce była dyskusja na temat zakazu bicia dzieci... sie wstrzelili... zaczynam się rozgladać za jakimiś pozycjami, ja wychować dziecko bez bicia, bo nie wiem jak długo jeszcze zdołam sobie powtarzać, że "klaps to wyraz  bezradności rodzica". Powtarzam sobie" jeteś chora, Misiowi iąa zęby, nie może (nie chce) jeść, pogoda pod psem, nie ma szans na spacer... uspokój sie, kwiat lotosu... ech...czasem zaczynam wątpić czy nadaje się na matkę, jak mi brakuje cierpliwości, przy byle niedużych trudnościach...myśl o drugim dziecku po dzisiejszym przedpoludniu oddala się na jakiś czas..

niedziela, 11 stycznia 2009
KRÓTKO I NA TEMAT

On  przed 40-stką, ona  zaraz po 30-stce. Są ze sobą z 10 lat w czego 8 w małżeństwie, 2 dzieci w wieku przedszkolnym. Mają firmę budowlaną, on jest szefem, ona prowadzi biuro. Wybudowali iles juz domów, w końcu zdecydowli się na wybudowanie własnego w pieknym miejscy pod lasem. Są na etapie wykańczenia domu. Nawalił jeden z pracowników i pan szef sam wziął się za ukladanie płytek na podłodze. Coś z kiepścił, a że jego żona, ma tez pewne budowlane doswiadczenia mówi do niego:

- kochanie to jest krzywe, zrób to prosze porządnie, bo w przciwnym razie będziemy musieli na tą spapraną  podłoge patrzyć przed kilka następnych lat!

a on jej odpowiada:

- no chyba ty, bo ja nie....

i w ten oto sposób ona dowiedziała się, że małżonek ma nową dziewczynę, i nie zamierza z nimi w nowym domu zamieszkać...

trudne do uwierzenia, pewnie, że trudne. Ja bym nie uwierzyła, gdyby ona mi tego nie opowiedziała.  

sobota, 27 grudnia 2008
MIAŁO BYĆ

Jak to na gg ma opis mój dawwny szkolny kolega: "jeśli chcesz rozśmieszyć Boga powiedz jakie masz plany"

miało być:

rodzinna wigilia w duzym gronie, z dziećmi radośnie biegającymi dookoła choinki.

była:

wigilia we troje ( w zasadzie we dwoje) robiona na bardzo szybko, barszczyk z torebki, a zamiast pierogów kupne rivioli.

Gdy w tygodniu przed światecznym zaczął rzygać mój tato smialiśmy sie, że jeszcze świeta nie nadeszły a ten juz sie przejadł. Gdy w niedziele popołudniu wzieło mnie, szukaliśmy wpólnych stycznyych konsumpcyjnych, gdy trzy godziny później wzieło mojego brata, wiedzielismy, że to jednak nie przeżarcie i trzymaliśmy kciuki, żeby nie załapała nasza Gadzinka. W nocy z niedzieli na poniedziałek wiezieło Misze... nas puściło po niecalych 48 godzinach, Misze trzymało do wczoraj... w zasadzie cudem nie wylądowalismy w szpitalu, choć mielismy wypisane skierowanie... wciąż jest słaby i je bardzo niewiele, ale już mam nadzieję jesteśmy na prostej. Było więc embargo na wszelkie kontakty z rodzinami z dziećmi, czyli generalnie ze wszystkimi.

Tak więc w święta życzylismy sobie (a przede wszystkim MIszce) zdrowia.

Dziś zadzwoniła niania z pytaniem jak sie czuje Miszka, bo ich wzieło zaraz po tym, jak odebrałam Małego od nich we wtorek i trzymało do wczoraj... ech...zaraza 

środa, 01 października 2008
GRRRRRRR.........

...dobra dobra nie pisalam o tym... wracając z weselicha mój ojciec miał wypadek. O 5 rano w niedziele na tzw pustej drodze, którą spokojnie wracał mój trzeźwiutki tato z naszego wesela pojawił się debil. Jak sie okazało debli jechał dużo za szybko, miał 2 promile alkoholu we krwi, zabrane prawo jazdy, prawdopodobnie przysnął za kierownicą i zjechał na przeciwległy pas... Facet nie miał jakiegokolwiek ubezpieczenia i nie myślcie, że to był jakis szczun  wracający z dyskoteki, ale stary dziad z wąsem.

tato wygląda na to, że tylko poobijany, dzisiaj chyba w końcu da sie zawlec do lekarza, ale patrząc na samochód to trudno uwierzyć, że tylko tak sie skończyło. Auto do KASACJI!!!!

Pomijając szczęśliwie w sumie zakończone kwestie zdrowotne to właśnie nieźle mną zatrzęsło, bo zadzwoniła mama po wizycie w ubezpieczalni. Powiedzcie jak to jest możliwe, ze człowiek uczciwie płacący wszystkie ubezpieczenia dostaje po takim zdarzeniu kolejny cios w brzuch od pana w garniturze.

Jeśli wykorzystamy ubezpieczenie z autokasko to pójdzie w górę NAM składka mimo, ze wypadek nie był z naszej winy... jeżeli będziemy chcieli odzyskać kase za ubezpieczenie z funduszu grawancyjnego ponoć trwa to około ROKU!!!!!

czy ktoś ma jakies doświadczenia w tej kwestii???? może pracuje jako ubezpieczyciel i mógłby cos logicznego doradzić????

środa, 19 marca 2008
MĘSKA DWUDNIÓWKA :)

Niania w szpitalu, więc ktoś musi się zając Miszką. Padlo na męża. Faceci byli wczoraj i dziś w domu. Mąż kazał sobie wczoraj zostawić kombiaczka. Miał ambitny plan, pojechać zrobić Miszce zdjęcie do paszportu, potem zakupy z Miszą, ugotować obiad, zrobić w domu świateczne porządki, pomyć podlogi, poodkurzać, poporządkować sterty ciuchów (bo on zawsze porządki robi lepsze niz ja, a ja nie wyprowadzam go z tego przeświadczenia ;) Wróciłam wczoraj o 15... rzuciłam ukradkiem okiem na podłogi- nie pomyte, na łazienkę - nie błyszczy, ciuchy pietrzą się dalej okazało się, że z wielu punktów planu zrealizował tylko jeden - ugotował obiad :) Jako taktowna żona nie powiedziałam ani słowa, poza tym, że pochwaliłam obiad. 

Dziś mąż dał mi kombiaka mówiąc, ze i tak nie planuje nigdzie jechać:) Udało mu się też zrobić obiad i posprzątac pobieznie w kuchni. Rzucił  tylko, że próbował wziąć sie za łazienkę, ale sie nie dało :) bo Miszka wymaga nieustannej uwagi, i zrobił tylko tyle gdy maly spał!!!! 

tarrrrrrrrrammmmm

dotarlo do tej męskiej łepetyny, że rzucenie ironicznie po powrocie tekstu, "a co wy cały dzień robiliscie" jest wybitnie nietaktowne, że Misza juz nie jest samoobsługowy, że to trudna robota to bycie w domu z dzieckiem.

Jutro ja przejmuje dyżur w nadziei, że w piatek zjawi się niania, bo roboty w robocie mam po same pachy. 

I własnie kończy się 25 minutowa podwieczorna miszkowa drzemka...włączam opcje "a ti ti bobasku".

piątek, 07 grudnia 2007
TAJEMNICA Z RANA

dawno dawno temu... moi rodzice posadzili przed domem małą choineczkę. Mieliśmy więc swoją własną choinkę, którą w grudniu ubieraliśmy w światełka. Choinka rosła, my kupiliśmy nowy sznur światełek... Miała wyrosnąc maksymalnie na 2 metry.... kupilismy kolejny sznur światełek... choinka rosła... my coraz bardziej podskakiwaliśmy, zeby ją ubrać... kupilismy kolejny sznur światełek... zaczeliśmy przystawiać drabine, żeby powiesic swiatełka... obecnie choinka ma 5 albo 6 metrów. Rok temu tato rzucił na choinkę światełka jak się dało, bo drabina już nie sięgała i wszyscy calą zime się naigrywali z niego, że wyszedł mu świetlny picasso.

W tamtym tygodniu siedzimy w kuchni u rodziców i patrzymy się na choinke. Mama zagaduje tatę: No dziadek, ale w tym roku to światełka muszą być pieknie założone, żeby wnuk miał na co patrzeć.

Tato zagadał mnie dziś rano konspiracyjnie jednym slowem: "podnośnik". Ja zupełnie nie rozumiałam o co mu chodzi. On powtórzył po cichu "podnośnik". Zaytałam więc: "Ale co podnośnik" On: "ciszej, podnośnik zamówiłem, żeby światełka założyć - i dodał standardowe - ale nie mów matce"  Milcze jak grób!