Mój blog ma być o tym co mnie codziennie otacza, czyli deczko absurdu, odrobina głupoty, całe kilo miłość, radości itd...
wtorek, 05 lutego 2008
NA WYŁĄCZNOŚĆ

Umówiłam sie z nianią, że przysposabianie wzjemnie Micha do niej i odwrotnie rozpoczniemy po pierwszym lutego. Ponieważ w poniedziałek i wtorek mieliśmy różne zajęcia poza domowe około lekarskie, to była mowa o środzie. No i jest wtorek popołudniu, i powinnam wykręcić numer do Niani_Ani umówić się na jutro i... obchodze telefon szerokim łukiem. Robiłam to nieświadomie, ale na tyle natrętnie, że sama sie zorientowałam. I mysle, że chodzi o wyłączność. Tak naprawde, jest tata, jest babcia, dziadek i wujek z którymi przecież Misza juz niejednokrotnie zostawał, ale!!! to było tak na chwile!!! A teraz to bedzie na wiekszą część dnia!!! Ktoś inny bedzie się z nim bawił, karmił i chodził na spacery... kurde wyszło, że jestem mega zaborczą matką!!! Wiem, że to potwiedza słuszność zatrudnienia niani!!! Ale kurde!!! normalnie buzia w podkówke. Jeny nigdy bym się o coś takiego nie podjerzewała!!!!

Odpępkowywanie czas zacząć...

---------update ze środowego ranka---------

niania była w sobote na Ostatkach i przeziębila się, odpępkowywanie odroczone do piątku ;)

środa, 19 grudnia 2007
NOCNA ZMIANA

Miałam nie pisac o kolejnej zarwanej nocy... ale. Młody po wieczornej kapieli i karmieniu zasypia kamiennym snem. Wczoraj ja zanelam razem z nim. Super, tyle że potem jest karmienie okolo 1 w nocy. I choćbym nie  wiem jak delikatnie to wszystko robila, Dziedzic 5 minut po odstawieniu, jak juz odsapnie, otwiera szeroko oczy i rozdaje "holiłodzkie" uśmiechy i rozgaduje się. I nie ma mocnych żeby coś z tym zrobić! serio. Nie jest upierdliwy czy placzliwy, o nie, on jest rozgadany i wesolutki. Do 3 mamy z głowy. I powiem brutalnie tatuś też ma swoją nocną godzine rozmów z synem! Dziś w nocy zastanawiałam się czy nie ubierać choinki, poukladac w szafach albo skończyć pakowanie prezentów... w końcu obudzilam ojca dziecka :)

Ale do czego zmierzam. Czy ktoś ma patent jak nakarmić dziecię nie dopuszczając do jego obudzenia???????

poniedziałek, 17 grudnia 2007
BYŁ SOBIE CUD...

i juz sie skończył. Maly śpi pięknie do...nocnego karmienia czyli około 00:30 - 1:00 a potem dostaje żarełko i  zamiast odplynać w sen ... sprzedaje swoje najfajniejsze uśmiechy i zaczyna swoje poważne nocne Polakow rozmowy. A ja nie mam siły, żeby się nimi zachwycać.

W zasadzie bije się z myślami czy go pobudzać do aktywności i zmęczyć czy też nie dać się wciągnąć w tą grę ci i udawać, że ich nie widze i nie zagadywać, tak by dać mu do zrozumienia, że jest noc i że nie czas to na imprezowania.

Kończy się na tym, że biore Dziedzica na kolana albo w fotelik, odpalam neta i czekam kiedy sie chlopak zniechęci. O jak np teraz. Już zamyka oczęta... ale zanim dojdę z nim do łóżeczka oczy będzie miał jak 5 złotych.

ach zaryzykuje ten manewr.... dobranoc (może)

ps chciałam dodać, że szykuje się mi fascynujący wpis dotyczacy dziecięcych kupek. Mam naprawde wiele przemyśleń w tym temacie. Bloxiarze trzymajcie sie klawiszy!!!

piątek, 14 grudnia 2007
WIĘCEJ TAKICH NOCY!!! CZYLI CUDA CUDA!!!!

MAły zasnął około 21 (cud) w swoim łóżeczku (cud)!!! obudził sie na karmienie o 0:30 a potem na następne dopiero o 6 rano!!!!!! Pogadał ze mną z godzinkę i znowu zapadł w drzemkę!!! Wstaliśmy z mężem o 9!!!! Po przespanej nocy świat jest jakby mniej szary i ponury!

W roli cudotwórcy wystąpił mężu. Ja... poszłam do knajpy! Wórciłam a Mały spal jak anioł! Moge sie poświęcać i codziennie po kąpieli i karmieniu wybywać na spotkania towarzyskie :) 

Więcej takich nocy!

niedziela, 09 grudnia 2007
PRZEKARMIONY??????

Michał urodzil się z waga 1770 gram. Karmiony tylko cycem, na szczęście przybiera jak mały tucznik, a każde 100 gram jest dla nas radością, która dzielimy się z każdym kto jeszcze chce tego słuchać. Ostatnie ważenie pokazało 4600 i najprawdopodobniej jest juz nieaktualne, bo wstając dziś z fotela z małym na rękach znowu ugieły mi się kolana.

Mam kuzynkę mającą obsesję na punkcie swojej wagi, bezdzietną, żyjącą w "konkubinacie" która zdaje się być "specjalistką" od nie swoich spraw a ostatnio szczególnie od życia małżeńskiego i wychowywania dzieci. Tak, tak bierzemy jej teksty z dużym przymrużeniem oka, ale... No i ona w trosce (oczywiście!!!) usłyszawszy, ze Michaś w ciagu 3 tygodni przybrał prawie kilo powiedziała mojej mamie, że ja muszę uważać, bo... przekarmiam moje dziecko!!!!

Wiem, że to bzdura, ale.... niech mi ktos powie jak powinno przybierać takie dziecię???? he??? Lekarz zadowolony i bez żadnych wątów, więc jak to jest? 

sobota, 17 listopada 2007
SZÓSTY ZMYSŁ

podejrzewam mojego najukochańszego syneczka o szósty zmysł.

Choćby był w najgłębszym śnie przypomina o sobie gdy:

siadam w celach rozrywkowych do kompa,

próbuję drzemnac się w ciągu dnia,

gdy zaczynam jeść coś dobrego,

gdy skrzypnie nasze łóżko (czytaj: tato dobiera się do mamusi)

Poza tym wyczuwa dni tygodnia, w weekend budzi się o 5.30 i po karmieniu wcale nie chce mu się spać, a wręcz przeciwnie wpowugłópiałby się. W normalne dni nakarmiony potrafi zaraz zasnąć i spać do 9.00

Nie przeszkadza mu natomiast kiedy mama pierze, sprząta, gotuje albo prasuje... 

spać..................ziewwwwwwww

środa, 31 października 2007
WPIS MÓGŁBY BYĆ URODZINOWY..

gdyby młody sie nie pospieszył.

Kurcze teraz z perspektywy nie wyobrazam sobie jakbym mogła wyglądać i czuć się, gdybym faktycznie te prawie 2 miesiące jeszcze chodzila w ciąży. Obawiam się, że leżałabym na łóżku i nie była się w stanie ruszyć. W sumie nawet ciesze się, że pobyt w sziptalu jest juz wspomnieniem coraz odleglejszym, blizna po cesarce goi się na mnie jak na przysłowiowym psie, tylko brzucha się wciąż jeszcze nie pozbyłam.

Wczoraj bylismy na pomiarach. Mich waży 3200 gram i ma 51 cm. Czyli zakladam, że taką miałby wage urodzeniową, nieprzymierzając jak mamusia. W końcu wyglada jak prawdziwny bobas. Jaki jest Mich???? Wymuszenia rozbójnicze przy pomocy łez i glośnych sygnalów werbalnych są na porządku dziennym, tzn nocnym. Jest przebiegły i sprytny, jak CBA i CBŚ razem wzięte.  No bo skąd by wiedział, że jak poudaje że ma kolkę to mama weźmie go w nocy do łóżka (i to na wyraźne polecenie taty). Piszę, że udaje, bo przeciez co to za kolka, która znika gdy przystawi się go do cyca i poloży między mamą i tatą. Na spacerach nie śpi, bo świat jest zbyt ciekawy, zeby zasnąć. Wodzi spyrytnie wzrokiem za kształtami i dźwiekami, aczkolwiek zabiegi neurologa, by to sprawdzic w gabincie na kozetce miał w wielkim poważaniu i nawet nie otworzył oka. Znaczenie większą uwagę przywiązuje do głosów męskich niz damskich.

Rodzina niezmiennie maluchem zachwycona. Babcia wciąż twierdzi, że jest najmądrzejszy, najśliczniejszy, najlepiej rozwijajacy się ze wszystkich dzieci na świecie. Mój brat prowadzi z nim dialogi jednostronne (narazie) na temat sensu życia, a dziadek  a raczej broda dziadka, jest najfajniejsza - totalne patrzenie jak sroka w kość. Tata najlepiej na świecie kąpie, wygłupia się i przedrzeźnia, a leżenie na klacie taty to coś co warte jest glośnego płaczu. A mama, cóż mama to ta pani z cyckiem na każde żądanie...

No dobra największy problem to KOLKI. Po odstawienu przeze mnie wielu smacznych rzeczy, po piciu majeranku w celach profilaktycznych,  w poniedziałek zafundowałam sobie kasze jęczmienną. Ponoć kasze są zdrowe... i od poniedzialku mamy maniane mniejszą lub większą. Pręży się i popłakuje. W końcu dziś zdecydowałam dać mu czopki homeopatyczne. Tia...wyglądało na to, że czopki nie są jego ulubionym sposobem na kolkę, ale jak trzeba będzie,będziemy walczyć!!! 

poniedziałek, 08 października 2007
EXTRA BONUS

A teraz tylko raz i nie zdarzy się już więcej. Jednorazowe ekshibisjonistyczne ujawnienie.

Oto my, jeszcze ze szpitala.

BEZ ZNIECZULENIA

Do tego wpisu (a będzie on długiiiiii) przymierzałam się dość długo, bo aż ponad tydzień. I muszę ostrzec wszystkich czytających, że nie będzie to wyłącznie pochwała macierzyństwa, sama słodycz, cud, miód itp.

Żeby nie było, to zacznę od tego, ze Mały Micho (tak został zdrobniony i chyba się przyjęło, choć mój brachu tez wciąż podnosi głowę na ksywkę Michu J ) śpi słodko  w swojej super furze zakupionej przez tatusia za kasę babci i mieści się akurat pod barkiem J Jest naprawdę grzecznym chłopięciem (tfu tfu przez lewe ramie, nie zapeszam), śpi, je, robi miny jak mamusia, wali kupy i resztę świata ma generalnie w d… Taki mały człowiek a wzruszenie ogromne, dla wszystkich członków rodziny, znajomych.

I to jest bezsprzeczne, jednak droga do tego stanu rzeczywistości była długa i wyboista a i obecnie pełna jest stresu, zamartwiania się itp.

 

Zacznijmy jednak od początku.

Jak wiecie, po weselu szwagierki okazało się, że ciśnienie poszło na tyle w górę, wylądowałam w szpitalu. Pierwsza wersja była taka, że normujemy ciśnienie i sio do domu, jednak z opcją leżenia. Okazałam się dość odporna na leki, dawki leków były co rusz zmieniane. Miałam wrażenie, że lekarze nie mieli za bardzo koncepcji na to jak postępować z tym moim ciśnieniem. Opcja leżenia w szpitalu  przez następne ileś tam tygodni, dobiła mnie. Wszyscy mówili „wyluzuj się” „odpocznij sobie” „ nie denerwuj się”, a ja byłam poirytowana i coraz bardziej wściekła i wkurzona, chciałam iść do domu. Miałam też doła, że zawaliłam. Że zamiast leżeć w szpitalu powinnam kompletować ciuszki i inne gadżety dla Małego, a on bidul ma tylko czapeczkę i skarpetki. Byłam zła na siebie, że nie zaufałam swojej intuicji, która podpowiadała mi w czerwcu „kupuj, kupuj dla Małego niech ma wszystko gotowe na swoje przyjście”. Posłuchałam natomiast mojej mamy (i też wkurzałam się później na nią), która marudziła, „a to za wcześnie, a że nie wolno tak szybko”. Zresztą nie wiem czemu na mamę reagowałam bardzo alergicznie. Większość rozmów z nią kończyła się moim rykiem. Teraz wiem, była przerażona bardziej ode mnie i była nie sobą, tą konkretną babką, szefową dużej firmy tylko jakąś zahukaną kobitką, która co chwile mówiła „o mój Boże”, co dla mnie było nie działaniem, lecz zdawaniem się na łaskę i nie łaskę losu. Permanentny wściek  jak wiadomo nie pomaga w normowaniu ciśnienia. Oprócz tego (co było tu najważniejsze jak się potem okazało) robili mi USG przepływów tętnic macicznych. Na pierwszym lewa tętnica była nieteges. Za kolejne parę dni obie były nie teges. Ostatnie USG 11.09 wykazało, że przepływy są PATOLOGICZNE, co znaczy w dużym uproszczeniu, że Mały dostaje za mało jedzenia i tlenu, że nie ma na co czekać i wyznaczono na następny dzień cesarskie cięcie. W tzw. miedzy czasie na oddziale trwała reorganizacja i przenosili nas z sali na sale. Trafiłam na sale zwaną pieszczotliwie rzeźnią i pod opiekę zołz pielęgniarek. Nie jestem jakaś świrnięta, że mają się uśmiechać, ale… one traktowały pacjentów jakby ci leżeli w szpitalu, by zrobić im na złość!!! Pomyślcie sobie, że śpicie w najlepsze, próbujecie się wyluzować, jak wszyscy radzą, a tu wchodzi pielęgniarka trzaskając przy tym drzwiami i podąża do was z ciśnieniomierzem. Wszystko to razem sprawiło, że owego 11.09 w godzinach wieczornych, czy raczej popołudniowych zrobiło się ciśnienie 220/160 i reszta trwała dosłownie moment… i wylądowałam na sali operacyjnej.

 

Mały przyszedł na świat niemal 2 miesiące przed przewidywanym terminem, 11.09.2007 o 18.53, zakwilił, zabrali go, a mnie zaszyli. Zwykle taki moment to kulminacja każdej porodowej opowieści, wszak na świat przyszedł człowiek i tylko to się liczy. Należało by dopisać a potem żyli długo i szczęśliwie a milczeniem zbyć  wszystko to co zdarzyło się potem. Jeśli więc ktoś takie opowieści lubi, to niech skończy czytanie na niniejszym zdaniu. 

 

Dla wytrzymalszych tu zaczyna się część II naszej opowiastki.

Po cesarce musiałam leżeć całe 24 godziny plackiem, i jedyne co było mi wolno to zwilżyć usta. Pompowali we mnie różne świństwa, wyglądałam jak balon. Macica obkurczała się co bolało jak jasna cholera i nikt mnie wcześniej nie uprzedził, że to boli aż tak. Leżałam więc, płakałam wciąż bardziej nad sobą, obiecałam sobie i wszystkim wokół: „żadnych dzieci więcej!!!” Warczałam okropnie na mamę i męża, którzy zawsze pojawiali się piorunem, jeśli była tylko taka konieczność. Oboje byli bardziej świadomi tego co się zdarzyło i  bardziej przerażeni ode mnie. Wiem, że to wyrodne, ale mało wtedy myślałam o Michu. Chyba nie do końca pojmowałam, ze w wyniku tych wszystkich wydarzeń na świecie pojawił się Mich, nasz syn. Pani doktor powiedziała mi ile waży i mierzy i że „rokowania są dobre”. To mi wystarczyło, ufając, że jest pod dobra opieką.  24 godziny po cesarce mogłam się ruszyć. Mogłam, ale nie za bardzo potrafiłam, nogi z waty, kręcenie w głowie. Zastanawiałam się jak bardzo trzeba być nieświadomym tego co jest po, decydując się na cesarkę na tzw. żądanie za kasę. Dotarłam z mamą do łazienki, która pomogła mi wziąć prysznic, ale wracałam już na wózku. 

Jednak gdy już siedziałam na wózku to prosiłam o zawiezienie na OIOM noworodkowy. Mężu pchał ten wózek bez napompowanych kół a ja nie byłam świadoma tego co zobaczę. Jak zobaczyłam Małego podłączonego do różnych przewodzików z wenflonem w tyciej rączce to ryczałam jak bóbr. I wzruszenie było jednym z powodów. Ryczałam zastanawiając się czy przeżyje, czy jak przeżyje, to będzie mógł normalnie żyć.

Potem przyplątał mi się problem piersiowy. Pewna położna zrobiła mi masaż piersi, który wcale nie był erotyczny, wiłam się z bólu i  płakałam, a ona mnie molestowała chyba z pół godziny. Sama sobie bym w życiu tego nie zrobiła. Pomogło. 

Następne dni jak czułam się coraz lepiej, chodziłam sama na OIOM, ale rzadko. Na OIOM-ie czułam się jak intruz, przychodziłam dwa, trzy razy dziennie na parę minut, a to nie sprzyjało budzeniu się instynktu, który nie przyszedł od razu. Przyklejona do szybki inkubatora próbowałam wzbudzić w sobie ten instynkt macierzyński. Starałam uświadomić sobie, że mamy dziecko. Trwało to prawie tydzień. Przełomem było, gdy jedna z pielęgniarek uświadomiła mnie, że mogę sobie tam siedzieć ile chcę i nikomu nic do tego. A gdy powiedziałam jej, że nie mogę się doczekać, żeby go dotknąć, ona kazała mi umyć ręce otworzyć inkubator i miziać Małego ile chcę. Potem dodała, że sądziła, ze nie chcę go dotykać, dlatego nie proponowała. Wyszło, żem wyrodna. Mały zaczął pic wodę ze strzykawki, potem moje mleko, potem z butelki, potem z piersi. Codziennie jakiś kroczek do przodu. Codziennie optymistyczniej. Patrząc z  perspektywy to ten pierwszy tydzień miałam chyba jednak jakąś odmianę deprechy poporodowej.  

Od momentu gdy Małego wyciągnęli z inkubatora, przynieśli mi na salę mam już standardowe troski młodej (stażem) matki. Czy zjadł wystarczająco dużo, czy mu nie zimno, czy brzuszek nie boli, czy się odbiło, czy ulało, czy się nie dławi, dlaczego znowu ta czkawka itd. Biegam co chwile, sprawdzam  czy oddycha. Mamy swoje góry i doliny, lepsze i gorsze noce, ale w tej chwili, to już inny rodzaj stresu i strachu o niego. Wiem, że póki co (i oby tak dalej) wszystko jest OKEY, że ma przybierać na wadze i będzie dobrze.

 

To był dla nas wszystkich bardzo trudny czas. Mama wróciła do siebie, jest super babcią zakochaną we wnuku i starającą się być pomocną a nie wtrącającą się. Ja próbuje być mamą, jak najlepszą. Nie było idealnie, ja nie byłam ani idealna, ani empatyczna, ani wyrozumiała, a egoistyczna i despotyczna, miało być jak ja chcę i żadne odstępstwa nie wchodziły w rachubę. Sama się nie podejrzewałam o taki upór i stanowczość. Przez ten miesiąc wszyscy posiwieliśmy, dosłownie. Wychodząc ze szpitala miałam – 2 kilo w porównaniu ze stanem sprzed ciąży.

 

Mało napisałam o mężu z jednego powodu. Był niemalże IDEALNY!!!! Przypomniałam sobie dlaczego za niego wyszłam. To on był pewien albo pokazywał mi tą pewność, że wszystko z Michem będzie dobrze. To on był pełen optymizmu i entuzjazmu, kiedy ja zastanawiałam się, czy Mały przeżyje. To on działał na mnie jak balsam, gdy się wściekałam, to on zorganizował wszystko by powrót nasz do domu odbył się bez problemów, żeby remont został skończony. To on z pomocą mojego brata zakupił nam nową furę_full_wypas i obwiązał wielką czerwona wstążką i zrobił niespodziankę (kiedy cały czas mi marudził, że zakupem furki dla mnie zajmiemy się, gdy sytuacja się uspokoi). Bałam się strasznie jakim ojcem będzie. Jeśli takim jak do tej pory, to nie boje się przyszłości. Ma świra na punkcie Michałka a do tego bardzo konkretnie mi pomaga.

 

Nie wiem jak odbierzecie to moje wyspowiadanie się, nie wiem nawet czy dobrnęliście do tego zdania. Ja musiałam to napisać w celach terapeutycznych.

 

O! tutaj teraz może lecieć napis: „i żyli długo i szczęśliwie!”

 

piątek, 05 października 2007
PROSZĘ PAŃSTWA OTO MIŚ

ponieważ wpis "sie robi" wrzucam parę zdjęć.

Tak wygladało to pierwszego dnia. Gdyby ktoś miał watpliwości w akcje charytatywne jak np Orkiestra światcznej pomocy, to niech pomysli o małych skrzatach, dla których taki inkubatorek jest naprawde niezbędny.

A tak wygladał Michu wczoraj, zrelaksowany, a ja wciaż cala w strachu i stresie.

Mich dyskutujący na temat rozmiarów niemowlęcych ciuchów. A skaprpetki wyglądaja jak kamasze :)

A tu była próba wpasowania małego w fotelik samochodowy. No może za miesiąc gdzies się w tym foteliku przejedzie, bo narazie to zostaje jedynie wózkowa gondola.

obawiam się, ze przez tego skrzata mój zywot bloxowy jest zagrożony, nie_do_czas, nie_do_sen, a głównie czas spędzam na gapienie się na skrzata. Wpis obiecuję w najblizszych dniach, mam juz polowę.

Narazie. Milego weekendu. U nas możliwy najazd celem oblukania nowego czlonka rodziny. Nie wiem jak to zniosę. Spróbuję z godnoscią....  

 
1 , 2 , 3 , 4