Mój blog ma być o tym co mnie codziennie otacza, czyli deczko absurdu, odrobina głupoty, całe kilo miłość, radości itd...
środa, 19 września 2018
MILCZENIE JEST ZŁOTEM...

... czy aby na pewno...

zostałam tak wychowana, żeby się nie wtrącać, szczególnie jak mówią dorośli...

często zamiast powiedzieć coś co mi lezy na sercu a może innym sprawić np przykrość, analizuję,

czy moje słowa tą osobę zranią, czy to mój problem  i moja frustracja i to ja powinna sobie z tym poradzić wewnętrznie, a nie wypluwać tego, że uważam że ktoś jest na ten przykład matołem... zdarzyło mi się w życiu parokrotnie dość mocno kogoś urazić, ot! jedno słowo za dużo, były to dla mnie trudne lekcje, które potwierdzały teorie o złocie i milczeniu...

niestety nie nauczyłam się także mówić o uczuciach... owszem uczę się, że tak powiem na dzieciach, trenuję i mam na tym polu sukcesy, ale tylko z nimi...

Kiedy w mojej głowie wojna od emocji i niewypowiedzianych słów, moje usta milczą. Czasem nawet usta się otwierają się i zastygają w niewypowiedzianym zdziwieniu... żałuję, że nie potrafię mówić o moich uczuciach nawet do najbliższych osób... może już boję się wybuchu, który może wszystko zmieść co dla mnie ważne... uśmiech mam wciąż na ustach, choć serce przez to przeraźliwie smutne, oczy już nawet nie uronią łzy w ciemności, ot taka ze mnie pani lekko zagubiona w czasoprzestrzeni, nieogarnięta, wycofana....

Kiedyś myślałam że taki dysonans jest niemożliwy... myliłam się i to bardzo, można z tym żyć, myślę że długo.. może nawet całe życie... jak zwykle wszystko jest kwestią przyzwyczajenia... 

jednego jestem pewna milczenie nie złotem... milczenie zabija, dlatego moje dzieci gadają jedno przez drugie o wszystkim, nie uciszam... myślę, że wyjdzie im to na zdrowie..szczególnie psychiczne

15:22, kika_73
Link Komentarze (1) »
wtorek, 11 września 2018
11 LAT

Wczoraj opowiadałam Misiowi, jak to było z jego narodzinami... o stresie, o strachu, o niespodziewanym obrocie sprawy... na spokojnie, niemal jakby ta historia dotyczyła kogoś innego...

Moje pierwsze kroki w macierzyństwie nie były takie jak powinny być... w zasadzie ani pierwsze ani drugie kroki nie były takie jak powinny być. Obarczone stresem, moim pogubieniem się w sytuacji....wiele planów musiałam skorygować, niektóre nawet bardzo mocno.

Szczerze mówiąc, to brakuje mi takiego "normalnego" startu...

TYMCZASEM, WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO SYNU!!!!!!!!!!!!!!

wiesz czego ci życzę, a może to są bardziej moje życzenia.... nawet jeśli tak jest, to nie powinny ci zaszkodzić :)

14:38, kika_73
Link Komentarze (3) »
czwartek, 06 września 2018
NASZA "ELEKTROWNIA"

Tak naprawdę to nie wiem jak to ująć, żeby żle mnie nie zrozumiano....

 Właśnie mija niemal tydzień od czasu gdy Olo i babcia wybrali się na krótki sanatoryjny wyjazd, wracają w piątek...

 W tym tygodniu (w zasadzie od ubiegłej środy z przerwą na 24 godz. rozpoczęcia roku szkolnego) nie było także mojego męża.

Mimo naładowanego różnymi obowiązkami około-szkolnymi i około urodzinowymi (Miś ma za tydzień) obserwowałam dużo baczniej nasze życie, miałam czas na spokojne, normalne rozmowy z dziećmi, nienaładowane wyłącznie negatywnymi emocjami, gdyż ostatnio najistotniejszą częścią naszej komunikacji było rozdzielanie walczących i godzenie wiecznie zwaśnionych, które w dużej mierze sprowadzało się do tzw. "darcia mordy" dzieci i mojej.

 Zrozumiałam też jak wielki stres mam związany z Olkiem... przez ten tydzień była wyluzowaną, ale konsekwentną matką i gdy przymykałam na coś oko i również z drugiej strony (dzieciowej) widziałam to puszczone oko, i nikt nie naginał zasad, rozumieliśmy się w mig, każdy robił co do niego należało, wszystko poukładane, wzajemne zrozumienie...

Jutro wraca Olek, wszyscy za nim tęsknimy (może z wyjątkiem Misia). Widzę jak wiele energii wnosi w nasze życie. Tej radosnej dziecięcej energii, ciepła, wszędzie go pełno, tworzy ten rodzinny "hałas", który tworzy atmosferę domu...  Jednak jak wszystko,  co podane w nieodpowiedniej dawce, albo nie zadziała, albo zaszkodzi.

Na swoje własne potrzeby ułożenia sobie rzeczywistości porównuję  Olka do ELEKTROWNI (atomowej), o dużej mocy, niestety nie zawsze (lub raczej dość często) właściwie funkcjonującej. Najistotniejsze jest to, że nasza „Elektrownia”  ma zbyt dużą moc niedostosowaną  do potrzeb. Nasza domowa  "Elektrownia" produkuje całe masy energii, którą trudno jest skanalizować, nasza Elektrownia funkcjonuje z  szeregiem małych, ale  niemal ciągłych  pożarów instalacji,  albo zupełnych raptownych spięć na zmianę z nagłym spadkiem mocy. Obsługa tej Elektrowni nie jest łatwa, a wiem, bo jestem w przeważającej mierze  za nią odpowiedzialna. Wciąż szukam jakiegoś sposobu by energia lała się równym, stonowanym strumieniem i  wciąż nie znalazłam sposobu.

Drugą sprawą jest to, że przy tej Elektrowni  mieszkają pozostał moje dzieciaki i zaczęłam dostrzegać jak wiele ich kosztuje funkcjonowanie w jej cieniu. Korzystają z  ciepła, które daje, ale także widzę jak mniej nerwowo, spokojniej oddychają, gdy instalacja jest „przeglądzie” a one mają swoje bateryjki. Nie  ma rzecz jasna sielanki, ale też nie ma tego napięcia, które wnosi w nasze życie Olo, tej wiecznej czujności, bo pożar może wybuchnąć zaraz, za godzinę albo za pół dnia, wiadomym jednak jest, że wybuchnie…   życie z nadpobudliwcem - autystykiem nie jest łatwe dla nikogo...

Ja osobiście bardzo wypoczęłam przez ten tydzień, wyłączyła mi się opcja „stand by”,  która od lat nie daje mi rozluźnić mięśni i powoduje, że kark i ramiona są jakby przywalone ogromnym ciężarem…



12:58, kika_73
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 września 2018
KOLEJNY NOWY ROK SZKOLNY

Jeszcze wczoraj dzień wyrwany na spacer po plaży (cicho, cudnie, wiatr we włosach) a dzisiaj dzieci "wesoło" ruszyły do szkoły :)

Czas organizacyjny przed nami, minie dobre 2-3 tygodnie zanim wszystko się ułoży... choć muszę przyznać, że jestem spokojniejsza mając już ogarniętą terapię Olka, logopedę Julka, i angielski dla każdego... reszta to dodatek.... oczywiście skończy się tym, że będę się czuła jak kierowca taxi, ale takie życie rodzica dzieci, które chcą chodzić "na wszystko" (czyli każdy dostanie 1 zajęcia do wyboru! ;)

Jak Michał?... jeszcze nie wiem, bo z 5-klasistą iść do szkoły to siara, a że Miś jest "beztelefonowy" to kontaktu brak. 

Dzieciaki rozgadane, Zosia trochę "kozaczyła",  widzę jak dziś wyrywali się, żeby wieść prym w grupie.., czekam jak klasowa "grupa trzymająca władzę" ich trochę przytemperuje. Dzieci w klasie - 18, więc wszyscy będą "na oku"

12:17, kika_73
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 sierpnia 2018

za tydzień początek szkoły. Niestety nie mamy aż takich możliwość ani finansowych ani też czasowych żeby dzieci miały wieczny wakacyjny "hajlajf" (zresztą one te go także nie oczekują) i dzieci wydają się być już troszkę znudzone i zblazowane, więc nowy rok szkolny powinien ich wziąć trochę w pewne "ramy" (żeby nie powiedzieć w ryzy). Mi natomiast w ogóle się nie  spieszy do porannego zrywania dzieci, do odrabiania lekcji, do uzasadniania (Misiowi w szczególności) dlaczego muszą/ powinni się uczyć, gonienia na jakieś zajęcia poza lekcyjne (u nas znów zapowiada się rewolucja w zajęciach). Nie spieszy mi się do tego by znów zaskakiwała nas godz. 20 i ciemność za oknem. Nie spieszy mi się do bycia konsekwentną za czworo i bycia żandarmem, do pamiętania dat zebrań, rzeczy do przyniesienia do szkoły i składek na cholera wie co.

Przerażenie jakim napawała mnie w tym roku podróż nad morze, sinice, fale cofki i tłumy ludzi spowodowały podjęcie decyzji w zmianie kierunku urlopowego. I okazało się, że urlop nad jeziorem a nie nad morzem był strzałem w dziesiątkę. Choć urlop był naprawdę przyjemny, i pozwolił mi się zresetować, to wydaje mi się jakby to było miesiąc temu, a że to mój 3 dzień w pracy!

Jak będę wspominać te wakacje? Mhy? Parę lat temu byliśmy parę majowych dni w Rydze. Była piękna letnia pogoda, w atmosferze czuć było luz, ale też dozę dekadencji, takie wrażenie, że bawmy się póki mamy czas. Coś jakby "fin de siecle". I jak tak właśnie będę wspominać te wakacje. Nie szczególnie w nich poszalałam imprezowo, to raczej jakieś wewnętrzne przekonanie o schyłku epoki. Tak naprawdę nie wiem o co w tym chodzi, tak jakby więcej takich lat miało nie być czy coś (tfu przez lewe ramię). Najbardziej będę pamiętać samotne gorące wieczory na tarasie, kiedy leżąc przykryta jednie kawałkiem czegoś zwiewnego patrzyłam w niebo sącząc wino zasypiałam i budziłam się w bladym świtem wracając na chwile do sypialni. Było w tych wieczorach coś dojmująco smutnego, ale też dawało poczucie wolności, że ja i gwiazdy i nic poza tym. I obiecałam sobie nie płakać już nigdy w życiu... (niestety obietnicę diabli wzięli).

Nie mogę się jakoś odnaleźć w tym moim życiu. Próbuję sobie pewne zagadnienia usystematyzować i zaraz bierze wszystko w łeb. Nie potrafię sobie w sobie zredukować oczekiwań wobec tego jak wyobrażałam sobie kiedyś moje życie, nawet uwzględniając nieoczekiwane zwroty akcji. Pora chyba na doktora od pastylek szczęśliwości, to już chyba nie ma odwrotu. Próby samodzielnego suplementowania sobie mózgu, żeby odzyskać poczucie szczęścia muszę uznać za niepowodzenie. I w sumie nie to, że jestem nieszczęśliwa, tylko kurde to poczucie smutku, że nie tak miało być nie daje mi wciąż o sobie zapomnieć. Jestem nie-kobietą, beznadziejną żoną, zupełnie słaba matką i ..ujową panią domu.

Dosyć tego ekshibicjonizmu.... miejce się lepiej niż ja :)

11:43, kika_73
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2018
SPADAJĄCE GWIAZDY, CZYLI...

... pomyśl sobie życzenie.

Usiadłam wczoraj późną nocą na tarasie z zamiarem wypatrzenia spadającej gwiazdy, która miałaby spełnić moje marzenia. Zatopiłam się w leżaczku, zadarłam głowę ku niebu, próbowałam osłonić się przed latarniami ulicznymi, które jakby na złość jakoś mocniej świeciły i pomyślałam sobie życzenie.

Chodzi o pewną sprawę i brzmiało ono mniej więcej tak...  żeby już się owa sytuacja znormalizowała, czyli żeby było NORMALNIE!!! Patrzę, patrzę coś jakby jakieś promyczki spadają, ale bez szału. W końcu po mniej więcej kwadransie, trochę zmarzłam i wstając pomyślałam sobie no cóż chyba nie dane mi z tymi gwiazdami, a być może owa  sprawa, którą chciałam znormalizować trzeba ułożyć inaczej i wcale nie musi być znormalizowana, może właśnie trzeba by była taka NIENORMALNA!!! I wtedy łup.... spadła perseida jasna jak wybuch, z ogonem wielkim jak kometa... i co to teraz znaczy, że się znormalizuje, czy wręcz przeciwnie  

15:37, kika_73
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2018
CODZIENNOŚĆ

Po Woodstocku... ufff. Nie wiem, jak mój mąż ten hardkor i to w takim upale  wytrzymuje... praca (nie fizyczna, ale jednak ciągle na zewnątrz) w niemal 40 stopniowym upale przez ostatnie 3 tygodnie, nie wiem czy można się do tego przyzwyczaić. Mam nadzieję, że już dzisiaj zjedzie chociaż na nocleg... 

Chociaż trudno mi było przestawić się na jednoosobowe zarządzanie czasem i dziećmi, w końcu sobie to (głównie wewnętrznie, a za tym idą również namacalne działania) ogarnęłam. Co roku przekonuję się, że mogłabym sama sobie dać ze wszystkim radę (ta świadomość jest zawsze dla mnie bardzo budująca) , jednakże świadomość tej drugiej osoby tuż za moimi plecami, a w zasadzie stojącej ramię w ramię, sprawia, że mam to poczucie psychicznego bezpieczeństwa, że mogę na niego liczyć. 

W międzyczasie po raz kolejny padł mi samochód. Nasz peugocik (choć nie pałałam do niego miłością od początku),  jest w sumie jak dla nas idealny, bo 7 osobowy, a zarazem nieduży, co w miejskich warunkach jest istotne. Niestety, teraz wszędzie mam blisko! (he he nie sądziłam, że to może być kiedykolwiek problemem :) dlatego nasz dieselek nie ma gdzie pojeździć i stąd problemy z zapychaniem się czegoś tam... muszę mu znaleźć jakieś dobre ręce, które go będą używały bardziej "dalekobieżnie" niż ja, a sama kupić jakąś benzynkę.... Przymierzamy się się do tej "operacji" jak pies do jeża, ale chyba nastał ten moment, że nie da się tego odkładać.... nie mamy pomysły, co kupić. Chyba najlepszy byłby taki sam, tylko beznynkowy, ale Mężu chce kupić nowy, co wiąże się  częściowo z kredytem, mi jest wsio ryba. Owszem lubię fajne superbryki, ale w sumie, chodzi o to by dojechać bezpiecznie do pracy i szkoły, i żeby zmieściło się 4 dzieci i ich tornistry...  rowerem nie zawsze się da to ogarnąć, szczególnie w porze jesienno-zimowej, pominąwszy fakt, że Olek wciąż nie jeździ. No i te zajęcia pozalekcyjne, gdy z jęzorem na brodzie, trzeba (będzie) zdążyć.... brrry jak o tym myślę...

Miś na swojej kolonii moczy tyłek w wodzie... (kolonia sportów wodnych!) Dość, że pojechał z kolegą Jankiem, to jeszcze w pokoju obok mieszka "szajka biedronkowa" czyli 3 kolegów z przedszkolnej grupy "Biedronki"! Mam nadzieję, że bawi się dobrze...

Wczoraj zelżał upał... cudnie było.. no ale to chwilowe, bo za 2 dni ma być u nas znów 34-35 stopni. 

Trzymajcie się umiarkowanie chłodno... miłego tygodnia :)

 

10:36, kika_73
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lipca 2018
TEN CZAS....

ten czas w ciągu roku od lat nie jest dla mnie łatwy.

Podczas gdy ludzie po pracy pakują się na jeziora, wyjeżdżają na zatłoczone nadmorskie plaże i prażą się w ukropie, ja po pierwsze pracuję (choć w pracy lekki przestój i poczucie straty czasu  mnie też dobija), po drugie mąż wyłączony z życia rodzinnego przez niemal miesiąc, po trzecie dzieci  nieustannie dopytując "mamo czy zostaniesz jutro w domu????" powodują  w głowie wyrzut sumienia (siedzą z nianią w domu).

Owszem mogłabym sama zapakować gady i pojechać nad jezioro, ale... już widzę jak Olek oprotestowuje wyjazd a samego zostawić go nie mogę (bo nie mam z kim zostawić) . Poza tym nie widzę siebie pilnującej 4 dzieci i kocyka :) Nie potrafię im zaufać, mimo, że wiem, że potrafią pływać...

Wciąż doskwiera mi poczucie traconego czasu wykonując nie te rzeczy, które powinnam.... potrzebuję pracy, w której będę miała namacalny wynik, w której będę musiała wykazać się kreatywnością, brakuje mi widocznego gołym okiem efektu. Kolejny zatwierdzony projekt (w sensie sprawdzony papierkowo, oceniony) nie podnieca mnie ani trochę... Potrzebuje tego "rajcu", którego ta praca mi niestety nie daje...  

W ramach podniet pierwszy raz odważyłam się dzisiaj pojechać do pracy rowerem. Zamiast wsparcia usłyszałam (od matki) , że jestem nieodpowiedzialna, i że jada rowerem jest niebezpieczna (jeżdżę ścieżkami lub chodnikiem!).

W tym roku zamiast morza będzie jezioro i to niecałą godzinę jazdy od domu! Dzieci widziały (z wyjątkiem Olka rzecz jasna) i  zaaprobowały.  Sama jestem ciekawa jaki to będzie wypoczynek....

15:27, kika_73
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 lipca 2018
TYMCZASEM...

Miś kończy dziś półkolonię "muzealną". Faktycznie przez 5 dni, bez względu na pogodę, mimo deszczu, chodzili i zwiedzali swoje miasto (a ustalmy, że w metropolii nie mieszkamy). Generalnie jestem zdania, że każdemu młodemu człowiekowi przyda się wiedza na temat miejsca gdzie mieszka.

Misio jak wcześniej wspomniałam, poszedł na półkolonię , głównie ze względu na obiady w ulubionym mlecznym barze :). Jednakże okazuje się, że pominąwszy kwestię karmienia, jest zachwycony!!!!! Zwiedzaniem!!!! ŁoŁ!!! Wchodzili np na remontowaną po mega pożarze (niedostępną w tej chwili) wieżę katedry, co zrobiło na nim PIORUNUJĄCE WRAŻENIE!!! Zachwycony porozsiewanymi po mieście maleńkimi mozaikami, muralami i w ogóle samymi pomieszczeniami muzealnymi (stary spichlerz), które ja sama bardzo lubię za nastrój. No i panie im się fajne trafiły! Miś paniami tez zachwycony!!!

Jestem zadowolona, że jednak go namówiłam... myślę, że mu coś w tej łepetynce zostanie...

Tymczasem klarują się nam wakacyjne plany...

Tymczasem mąż na Woodstoku... "przygruchał sobie" psa jednego z pracowników firmy przygotowującej imprezę. Pies przyjechał ze swoim właścicielem, a mąż "kupił go" gwizdnięciem i mizianiem. Chodzą razem na spacery i psisko patrzy mu w oczy. A mąż zupełnie nie jest odporny na spojrzenia czarnego labradora. Wiemy dobrze, że "labki" to psy, które kochają wszystkich, ale swoją drogą nie wiem co sądzić o więzi z właścicielem, którego pies olewa na rzecz zupełnie nowej osoby po 5 minutach znajomości...

coś mi się wydaje, że to są podchody do przygarnięcia nowego czworonoga...

Miłego weekendu!!!!

10:35, kika_73
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 lipca 2018
CHWILO TRWAJ!!!!

Miś powrócił w ubiegły czwartek od  babci i od razu zasiadł przy PSP. Zapowiedziałam mu, że w piątek planowo idzie po południu na zajęcia tenisowe. Co usłyszałam? "Z miłą chęcią mamusiu!" no dobra zdębiałam, przyznam.

Zapisałam go na półkolonię do miejskiego muzeum. Przez cały tydzień zwiedzają swoje własne miasto. W zasadzie do pójścia na te zajęcia przekonał go fakt, że będą jeść obiady w ulubionym barze mlecznym :). Po zajęciach Miś przychodzi do mnie do pracy. Pytam go więc z nieśmiałością i w oczekiwaniu na focha: "jak było?".

Usłyszałam: "Mamo ledwo żyję, ale było super!" opowiedział gdzie był (dużo zapamiętał!), co robili, normalnym głosem, bez odrobiny pretensji, miła rozmowa, łał!

Poza tym ciągle słyszę, mamusiu czy mógłbym... a nie daj, ze schodów schodzi, a nie ma dźwięku jakby spadał z łoskotem, podlewa swoją roślinkę, myje zęby bez przypominania, nosi aparat, jest radosny i pozytywny, dokucza w normie, no miły młody człowiek i do tego dobrze wychowany niemal!

Do tego pod wieczór dostarczyłam, im "zgrzewkę" książek z empiku, także dla Misia. I zamiast bojkotu, co usłyszałam? "Mamusiu! uwielbiam tą serię! Jutro zacznę czytać!" No niemal kubek wypadł mi z ręki! A na samiuśki koniec Mis zawisł na poręczy schodów mówiąc: "Mamo nie mogę zasnąć, tak jestem podekscytowany jutrzejszym dniem!" 

Nie wiem ile to potrwa, ale nawet te parę dni jest dla mnie miłym wydarzeniem! Chciałam powiedzieć, że mam nadzieję, że nic na boku nie bierze, ale przypomniało mi się, że za namową znajomej pani doktor (psychiatry dziecięcego a jakże!) suplementuję go od 3 tygodni preparatem z kwasami omega 3 i 6 ale wyjadę mi się, że jednak to nie mogło jeszcze zadziałać. Zresztą Olka też suplementuję (ale od tygodnia dopiero) i szczerze powiedziawszy wydaje mi się jakby tez miał jakiś rozwojowy skok...  może to tylko wakacje, więcej luzu i odpoczynku im tak dobrze zrobiło....

tak czy inaczej CHWILO TRWAJ!!!!!!!!

09:51, kika_73
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 170