Ostatnie wpisy
Zakładki:
A to też ja :)
AA_jeśli chcesz do mnie napisać...
Moje Kobitki
Na kluczyk
Nie mam kluczyka :(
Pogoda w
Świat wg mężczyzny
Świat zza wizjera
Widzenie potrójne
Życie zagraniczne
|
Mój blog ma być o tym co mnie codziennie otacza, czyli deczko absurdu, odrobina głupoty, całe kilo miłość, radości itd...
środa, 25 stycznia 2012
ŹLE Z NAMI
Trudno mi znaleźć tytuł dla niniejszej notki. HArdvcore? Armagedon? MAkabra? Wipis nie dla delikatnych!!!!!!!!!! aż żałuję, że nie napisłąm nic 20-stego bo wtedy tylko zapalenie ucha JUlka i lekka angina Olka. A dziś... dziś zaczęłoby się spokojnie gdyby nie duszący kaszel Miśka. MAjąc na względzie jutrzejszy bal przebierańców zostawiłam go dziś w domu. Spędził w zasadzie cały dzień z babcią osobno, zadowolony z życia. Pozytywną wiadomością jest to, że wygląda, że chłopak ma się dobrze nadzwyczaj. A babcia w domu bo... "trzasnął" jej kręgosłup. Na dziś stan zapalny minął i ledwo łazi (powinna leżeć, ale jej trudno przetłumaczyć), szczęśliwie już nie leży i nie wije się z bólu. Dzień po śniadaniu z wyjątkiem mojego koszmarnego kaszlu, dreszczy, osłabienia, problemów żołądkowych wydawał się ograniety. Mąż ruszył w kierunku stolicy. Zostałam sama na polu boju. Po obiedzie sie zaczeło. Wymiotowali na zmiane Lulian z Zochną. RZygi, Szmata, przebieranie i tak w kółko do wieczornego mleka włącznie. Pralka chodzi podnad planowo. Robiłam szybki rachunek sumienia, co zjedli? Okazuje się, że brak stycznych. JEdli zupełnie inne rzeczy oprócz jajecznicy ale to było rano, a wymioty takie poobiednie. Nie mam zielonego pojęcia od czego oni tak wymiotują. Olek narazie trzyma się twardo. JEstem na straży i boję się położyć do łóżka, bo każde kaszlnięcie to może być rzyganko. Mężu ze stolicy pisze coś o kaszlu, i gorączce. Mnie dusi jak diesla zimą, jestem na na antybiotyku od poniedziałku, który mi zupełnie nie słuzy. Jutro jade na prześwietlenie płuc. Cały czas gdzieś w tyle głowy nam to cholerne zapalenie płuc, bo ponoć może być takie którego nie słychać a wychodzi dopiero na zdjęciu. NIe wiedziałam, że macierzyństwo może być takie trudne i wykańczające tak fizycznie jak i psychicznie, nie mam zupełnie luzu ani dystansu do rzeczywistości. Potrzebuję pilnie wykwalifikowanej pielęgniarki, żeby się nami wyszystkim zajęła i gosposi do gotowania i ogarniania spraw kuchennych. Potrzebuję dwóch dni w ciepłym łóżku. Niech nas ktoś zaadoptuje.... ratunku!!!
czwartek, 12 stycznia 2012
PODDAŁAM SIĘ
dziś z rana. ZAstanawiałam się czy się rozpłakać, ale to uczyniłam później. Od końca listopada po szczepieniu maluchom tak siadła odporność, że cały cie czas coś z małym wyjątkiem przez 4 dni przed wigilą. MAm maxa. Cały czas smary i kaszle, nasz inhalator daje z siebie co może. W 3 Króli Misio zaczął kaszleć, w niedzielę był dętka spał od niedzieli od 15.30 do 20.30, potem krótka przerwa i padł o 22 by spać do 9 w poniedziałek. Wprawdzie to przeziębienie, ale Miś jest z nami cały tydzień w domu, co źle wpływa na stan moich nerwów... o oprócz tego by uważać, by maluchy nic sobie nie zrobiły, muszę też kontrolować Misia by im nic nie zrobił... No i wczoraj gdy sytuacja wydawała się jako tako opanowana, po powrocie z zebrania w przedszkolu mąż zadaje mi pytanie czy wydziałam ucho Julka. Okazało się, że coś mu się tam sączy. Szybka narada i telefon do przyjaciela laryngologa zresztą. Zjawił się w półgodziny. Ropne zapalenie ucha. Ponieważ Juluś był bez temperatury, czy jakiś szczególnych marudzeń zakoczyła nas ta diagnoza. No cóż antybiotyk, kropelki i heja. Dziś Olek obudził się ostatni wchodzę do pokoju a on ma całe oko zaropiałe i zaczerwienione. Ręce mi opadły. Szczęśliwie (?!) zatarł tylko sobie. Dziś u Julusia dłączyło drugie ucho. Do tego na wczorajszym zebraniu pani nie była mi w stanie powiedzieć niczego szczególnego o Misiu, żadnej pochwały. Wiem, że plastycznie jest kiepski, ale kiedyś opowiadał ciekawe historie, teraz przestał... nikt nie ma czasu go słuchać. CZuję się podle i wyrodnie. Momentami myślę, że zchrzanilismy Misiowi życie. Aaa i żadna z pań niezauważyła, by Miś miał jakiekolwiek problemy ze słuchem, podczas gdy w domu trzeba mu powtarzać proste komendy i zdania. I znów jakiś moment fekaliowy ma. Siusia, kupa, dooopa, srupa. Mam maxa i nie mam możliwości na bycie konsekwentną, a każde upomnienie traktuje jak atak na siebie. uf. I do tego pierwszys raz od ponad 3 tygodniu meżu wyjechał dziś aż do niedzieli. Jak kiedyś mówiłam sobie, a tam jestem dzielna dam sobie rade, tak teraz znów czuję się jakby mi ktoś podciął skrzydła, jakby zabrał mi ten kijaszek do podpierania. Mój stan fizyczny czyli bolące gardło i ogólny ból całego ciała, a szczególnie nadwyrężone ręce i stawy łokciowe wspomnę tak dosłownie jednym zdaniem. BOLI! WSZYSTKO!! AŁA!!! pa.
sobota, 31 grudnia 2011
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!
Chwilka się jednak znalazła :) Michał dziś rezyduje u mojej cioci i bawi się z moim! kuzynem, Zosia pojechała socjalizować się z tatą na zakupach a chopakami zajmuje się babcia wygładaniała opieki nad wnukami, bo ostatnie 2 tygodnie walczyła w pracy :) Muszę wyjaśnić dlaczego ostatnio nie było zdjęć. Otóż zrobić zdjęcia 15 miesięcznym trojaczkom nie jest łatwo :) a zdrobienie ostrego zdjęcia jest chyba niemożliwe :) Do tego rece trzeba mieć w pogotowiu, a nie trzymać na spuście migawki. Nie powiodła mi się nawet próba zrobienia zdjęć takich świateczych dla rodziny. Usadzenie dzieci na kanapie też niewiele dało, ale postanowiłam jednak mimo braku "profesjonalizmu" wrzucić kilka zdjęć. KOCHANI JESZCZE RAZ WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU. BANALNIE ŻYCZĘ WAM ZDROWIA, BO TEN ROK ZNÓW MI POKAZAŁ, ŻE JEST NAJWAŻNIEJSZE!!!!!!!! I SPEŁNIENIA JEDNEGO MARZENIA. MOJE SIĘ WPRAWDZIE W TYM ROKU NIE SPEŁNIŁO, ALE WIERZE, ŻE SIĘ SPEŁNI W PRZYSZŁOŚCI (OBY TEJ BLIŻSZEJ NIŻ TEJ DALSZEJ :)
wtorek, 27 grudnia 2011
NIE DAŁAM RADY
pobloxować przedświątecznie, ale myślałam naprawde o was wszystkich nas tu odwiedzających. Po ostatniej infekcji mieliśmy jeszcze angine Olka, potem tydzień przerwy i od wigili znów mamy smary. Czasem myślę, że to się nigdy nie skończy. Boję się co będzie jak pójdą do żłoba, wywalą mnie z roboty za L4. Święta nienajbardziej magiczne z tych które przeżyłam. FAjny 2 dzień, gdy do obiadu chodziliśmy w pidżamach, a potem miłe rodzinne spotkanie. Dzieci słodkie itede. Spróbuję coś sklecic przed Sylwestrem, ale gdyby mi sie nie udało, to SZAMPAŃSKIEJ ZABAWY I DOSIEGO ROKU.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
O MISIU
trochę zaskoczona, że dzieci śpią tak długo zasiadam do kompa (pewnie zaraz sie pobudzą) Wygląda na to, że infekcję pokonaliśmy, wszyscy. Miś poszedł dziś pierwszy raz od 2 tygodni do przedszkola. Strasznie zaskoczony był z jaką radością koledzy go przywitali. Niestety Misia czeka wycinanie 3 migdała, jest to nieodwołalne, no chyba że jakiś cud ozdrowienia by nastąpił. Jednak wyniki badania słuchu nie pozostawiają wiele złudzeń. Trzeba to zrobić szybko, a szybko to prywatnie za 2koła. No cóż narazie uruchamiamy nasze wejścia w szpitalu, może się uda. Z tym słuchem Misiowym to już jest od jakiegoś czasu, czasami wydawało mi się, że mnie zlewa, a tu okazało się, że nie słyszał. Po przedmuchaniu uszu jest ciut lepiej, ale to tylko środki doraźne. W ogóle nasz Miś to taka sinusoida w zachowaniu i w życiu ogólnie. Z jednej strony strasznie się przepychają z chłopakiami (tak tak wcale żle nie słyszycie!!!!) z drugiej pozwala się im bawić u siebie w pokoju i korzystać z prawie (!!!) wszystkich zabawek. Do tego "wyostrzył" mu się dowcip. Przez tez słuch, gdy nie reagował na moje prośby mówiłam: Oj Misiu wiedzę, że jednak źle słyszysz, musimy iść do pani doktor przedmuchać ci uszy! W niedzielę, Miś przy stole niemal krzyczy: "pić mi się chce!". Mój mąż czekając na magiczne słowo udaje że nie słyszy. Miś z troską: "tatusiu widzę, że nie słyszysz, idź sobie przedmuchaj uszy do pani doktor!" TAkich kwiatków jest ostatnio sporo. Z resztą mówi do nas wyłącznie per mamusiu i tatusiu. Choć usłyszałam od niego ostatnio takie kabaretowe: "ej matka!". a potem szelmowskie: "Taki żart, nie!" Nie wiedziałam czy śmiać się czy go złajać. Do tego Miś zaczął budować niestamowite konstrukcje z małych kloców lego. Wie, że to jego święte zabawki, tak jak kredki i blok (!!! co mnie bardzo cieszy) i nie pozwalamy maluchom ich ruszać. Czekałam na to lego i rysowanie z niecierpliwością, na szczęście przyszło, tak jak kiedyś puzzle. I niepostrzeżenie wyszedł Misiowy wpis. Bo to właśnie koniec jest blogowania na teraz :)
czwartek, 08 grudnia 2011
ALBO ...ALBO
albo ja jego albo on mnie. Mam na myśli Olka. Od kilku dni wyczynia nam (mi) histerie w nocy. Zaczyna około 22.30-23.00. Dziś skończył (mam nadzieję) kwadrans temu wypiciem flaszki mleka. Wiem idą chłopakom dolne dwójki, staram się być cierpliwa i wyrozumiała. I tak dziś przez dobre półtorej godziny, co jakieś 4-5 minut musiałam podchodzić do Olkowego łóżeczka, ściągać go wyjącego z barierki i kłaść. Za każdym razem brałam go na chwilke na ręce, przytulałam i gdy go odkładałam on w ryk. Nie chciał jeść ani pić. Aż dziwne, że reszta się nie pobudziła. Wiem prościej byłoby wziąć gada do swojego łóżka i tulić. Ale w jego przypadku znalezienie się u nas w sypialni to rozpoczęcie "imprezki". Pomijam juz precedens, który popełniliśmy kiedyś z Julciem. Oj długo wracalismy do zasypiania w łóżeczku. W nadziei na spokojną resztę nocy...dobranoc
sobota, 03 grudnia 2011
WALCZYMY
i walczymy. Michał wygląda na zdrowego, zakończył antybiotyk i ma się dobrze. Pan doktor zalecił jednak zostawić go jeszcze z tydzień z dala od przedszkola, żeby złapał trochę odporności, nie wiem jednak jak ja wytrzymam z całą czwórką tydzień w domu. Miś znowu daje czadu. Jestem pełna zrozumienia dla jego powodów, ale przemocy z stostunku do rodzeństwa póki co znieść nie mogę. To są jakieś szturchnięcia, kopnięcia, ale te nasze gadziny to naprawdę maleństwa przy jego sile... jeszcze nie oddadzą, choć Olek odgryźć się potrafi. Chłopaki jako tako, też na antybiotyku, wygląda, że mają się lepiej, natomiast Zosia walczy bez antybiotyku. Zosia z całej czwórki podczas choroby ma najwyższe temperatury. Na początku panikowałam strasznie, ale teraz już wiem o co kaman i jakoś nie dostaje delirki na widok 39,5. Zosia jest też najtrudniejszą pacjentką. Zaaplikowanie jej czegokolwiek graniczy z cudem, a potem jeszcze trzeba trzymać kciuki, żeby nie zwymiotowała (a ma dar dziewczyna...) Tak że póki co leczymy ją wyłącznie czopkami przeciwgorączkowymi... Do tego dostaję dosłownie furii gdy muszę ich nakarmić. Mam maxa, wyglądają jakby cały czas byli najedzeni. Poza tym nie mam weny na wymyślanie jedzenia dla nich. Potrzebuję własnego domu, MOJEGO, gdzie ja będę panią sytuacji, bo czasami wymiękam z moją mamą, nie mam sensu opisywać bo to mnóstwo takich bardzo drobnych sytuacji, które jednak w pewnym natężeniu stają się trudne do zniesienia. Nasz dom jest beznadziejnie zaprojektowany, nieergonomiczny, do tego w zasadzie nie możliwy do przerobienia, bo ściany działowe, bo kiedyś budowano metodą tzw gospodarską i tak naprawdę nie wiadomo czego oczekiwać (mieliśmy próbkę przy wykuwaniu okna - 11 godziny młotem penumatycznym). Do tego dom zupełnie nie przystosowany do życia z czwórką dzieci, strasznie mnie to męczy, wszystkiego wciąż szukam, nic nie jest pod ręką. Wiem marudzę, wiem powinnam być wdzięczna losowi. Uwierzcie jestem. Cieszę się mamy dach nad głową i żadnego kredytu na 30 lat, ale... No i jestem znów o rok starsza, kurde. Zapadłam coś w rodzaju apatii, czuję wypalenie zawodowe (mam tu na myśli zawód: matka).
poniedziałek, 28 listopada 2011
TKNEŁO MNIE
...żeby odpuścić wyjazd urodzinowy. Po czwartkowym szczepieniu... wszyscy mniej lub bardziej chorzy. NAjgorzej ma się Olo. W sobote popołudniu, i dziś w nocy dusił się. Nasz doktor jest naprawde wporzo. Bylismy u niego w sobote wieczorem, on był wczoraj na śniadaniu i dziś takowoż. Dziś cała nocka z Olkiem na inhalatorze. W zasadzie już ze 3 razy decydowałam do wyjeżdzie do szpitala, ale jakoś się wybroniliśmy. DZiś rano doktor obsłuchał i stwierdził, że Olowi nic zupełnie nie furczy... zobaczymy co dalej...
niedziela, 20 listopada 2011
ROK I MIESIĄC
Mimo, że minął rok maluchów to jednak postanowiłam kontynuować comiesięczne "raporty z życia". Mobilizuje mnie to do zastanowienia się nad tym co się zdarzyło, a to ponoć pomaga w wyciąganiu wniosków na przyszłość (przynajmniej w teorii) To był ważny miesiąc, wesoły i trudny zarazem. Oluś zaczął chodzić, tak "na poważnie". Przemierza więcej domowych odległości na dwóch niż na czterech. Zosia wciąż sama śmieje się z tego, że chodzi. Wydaje się jakby stan na dwóch nogach bawi ją i śmieszy a równocześnie zaskakuje. Julian zaczyna robić takie figury jak Oluś jakiś czas temu dlatego wnioskuję, że też się przymierza do zmiany sopsobu poruszania. Chłopcy gadają a czasami wręcz kłócą się ze sobą i z nami. Zosia robiła do tej pory głównie miny i pokazywała paluszkiem. Gdy zorientowaliśmy się, że nie gada tyle co chłopcy zaczeliśmy ją lekko stymulować i atakować różnymi odgłosami "paszczą" i załapała, ale do chłopaków to jeszcze ho ho! Z Zosią wciąż najmniej kłopotów takich obsługowych, z wyjątkiem jednego... jedzenie. To moja zmora. Poranna kaszka ok, ale na obiad i zresztą wogóle nie toleruje żadnych produktów niezmielonych na maxa, ba ostatnio je tylko na obiad wybrane 3 rodzaje słoiczków, znów olała moją kuchnie. Nie cierpie jej karmić, bo doprowadza mnie do szewskiej pasji. Co dziwne potrafi zjeść ugotowany kalafior, brokuł czy makaron, ale pogniecione w zupie np wymiotuje nie próbując mu nawet sprostać. Chłopcy wpylają aż im się uszy trzęsą, DZiś Olek wciągną polędwiczkę wcale nie pokrojoną drobno :), uwielbiają nowe smaki uwielbiają próbować. Niestety Juluś od piątku jakiś nie swój, chyba dopadło go wirusisko, bo wymiotuje i kiepsko je. Dzień kończymy kisielkiem... Mam generalnie problem z jednym posiłkiem w ciągu dnia, który czasem rozwala mi plan dnia i muszę popracować nad koncepcpcją na lunch :) Co do uspołeczniania się, to walczą o wszystko. NAjlepszą zabawką dla dziecka jest ta... którą ma inne dziecko! Oluś używa swoich 6 zębów z rozmysłem i premedytacją! Reszta jest znów na etapie ryczenia, że Olo coś zabrał... Strasznie głośno jest u nas ostatnio. Ostatnio przyglądam się Olkowi i widzę spokojną, regularną, zrelaksowaną twarz, taką jak kiedyś u Misia. JUluś i Zosia mają w sobie coś innego, Julek złośliwca a Zosia beksy, a Olek jest wyluzowany i totalnie spokojny (oczywiście gdy nie ryczy). Ciekawe czy to zależność od hierarchii w grupie? Muszę jeszcze dodać o kąpielach. Przesoczyliśmy na system wannowy, tzn w czasie kąpieli Misia wkąłdamy mu pojedyńczo kolejnych delikwentów. Chłopcy po dosłownie dwóch, trzech razach załapali i kwiczą z radości na widok wanny i kąpieli. Jestem też pod wrażeniem, jak wylądowanie pod wodą nie robi na nich żadnego wrażenia w przeciwieństwie do stanu przedzawałowego u mnie. Zosia w kąpieli jest ostrożniejsza, dlatego póki co kąpiemy ją osobno, dając czas na aklimatyzację w większym akwenie :) MIchał znowu głośny. Próbuje być taki jak... maluchy. NAśladuje ich (?!). CZegóż zresztą nie robi się dla tej chwili uwagi. JA mam mega wyrzyt sumienia, bo nie znajduję czasu by usiąść z Misiem by ćwiczyć rękę. Jest bardzo kiepski manualnie czy w rysowaniu, czy też innych takich aktywnościach. A Miś coraz częściej pyta o literki i cyferki. NIe próbujemy go nakłaniać do nauki liter, czekamy na jego inicjatywę. OStatnio w drodze do lekarza Miś "czytał" maluchową książeczkę, a ja zgasiłam światełko przy jego siedzeniu. Wtedy strasznie się oburzył, że przecież jak mogłam, bo on teraz nie widzi żadnych literek! Wczoraj udało nam się urwać na dwugodzinny spacer naszymi starymi ścieżkami. Miś i ja. Mieliśmy tylko Zosie w pojedyńczym wozie. Szło nam się dziarsko i miło dyskutowało. Przez krótką chwilę przeszła mi przez głowę ta okropna myśl, jak życie byłoby łatwiejsze... Równocześnie na pytanie mojego kuzyna, czy mam jakiegoś faworyta wśród swoich dzieci, nie byłam wstanie odpowiedziec, że mam, bo każde z nich ma coś takiego, niesamowitego czego nie mają pozostałe... wszystkie dzieci kocham równo, choć kiedyś wydawało mi się to zupełną abstrakcją. TRudny był to miesiąc, bo aura coraz gorsza, spacerów coraz mniej, ciuchów coraz więcej (ubranie trojaczków na spacer to wyzwanie). Wydaje mi się, że ja zajmuję się ostatnio głównie obsługą!!! a dziećmi zajmują się wszyscy inni. Przygotowywanie jedzenia, karmienie, sprzątanie po jedzeniu zajmują mi większą część czasu. Do tego cholerne ciuchy, ich prania, wieszania, zdejmowania, składania, szukania skarpet do pary, układnia w szafach mnie dobijają, a zauważcie, że nie wymieniłam wcale prasowania! bo go nie uprawiam. Wycieranie podłogi po ekscesach jedzeniowych, odkurzanie. Normalnie fizyczna ciężka codzienna robota mnie rozwala. Do tego ta cholerna zalezność od innych, o której wcześniej pisałam... Chciałaby, żeby ktoś na trochę zdjął ze mnie to ciągłe myślenie, o tym co zrobię do jedzenia, żeby wszycy zjedli, o kaszlach. Zeby zrzucić z głowy to nocne czuwanie, mimo spania, brak nocnego wyluzowania ogranizmu, żeby pozbyć się spiętych barków i karku. Myślę, że gdyby nie myśl, że gdybym poszła do pracy, to to wszystko musiałabym robić gdzieś po nocach, by się wyrobić, to zdecydowałabym się powoli na powrót do pracy. Bylismy ostatnio na spotkaniu tzw. towarzyskim. Zauważyłam też, że większość poruszanych tematów mogłabym ilustrować sytuacjami z życia domowo dzieciowego, a nie jakiegoś innego, ba nawet polityczno-telewizyjnego. Generalnie gdy się wtrącałam wogóle do dyskusji, czy komentownia czegokolwiek, to tylko by powiedzieć coś w stylu: A Oluś* (*wstaw imię dowolnego mojego dziecia) to zrobił to albo tamto... gdy to zauważyłam zamknęłam się na amen do końca naszej wizyty. Ponieważ wpis wyszedł naprawdę sporych rozmiarów to pozostałe męczące mnie w tym miesiącu kwestie pominę, chwiliwo, bądź wogóle, czas pokaże :) tymczasem... i obyśmy zdrowi byli...
czwartek, 17 listopada 2011
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||