Mój blog ma być o tym co mnie codziennie otacza, czyli deczko absurdu, odrobina głupoty, całe kilo miłość, radości itd...
czwartek, 09 listopada 2017
2 WAŻNE SŁOWA Z RANA

Miś  mimo różnych zawirowań ma w sumie dobrą passę w szkole (tfu tfu przez lewe ramię). 

Usłyszałam dziś przy śniadaniu jak Miś tłumaczył maluchom (boszzz oni chyba zawsze będą maluchami!!!) coś odnośnie uczenia się

- Bo ja chcę przejść do piątej klasy, i zależy mi, żeby dobrze się uczyć!

Za słowa "ZALEŻY MI" po prostu podeszłam do niego i go ucałowałam w czoło...

-------------------------

z innej beczki. Zdarzyłam mi się rozmowa z koleżanką o życiu... tylu istotnych słów i rzeczy do przemyślenia dawno już nie usłyszałam. Muszę to przetrawić a potem może się uzewnętrznię...

08:26, kika_73
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 października 2017
ILE JEST 5x6 ?

Czemu macierzyństwo jest takie trudne a te bachory takie pewne swojego....

Mam mistrza świata w naginaniu rzeczywistości i bębnieniu a w zasadzie odbębnianiu!!!

1. Miś z angielskiego ma same 5 i 6. Ponieważ ćwiczyłam z maluchami słówka, poćwiczyłam też z Misiem. Słówka owszem umiał. Ale poprosiłam go o parę zdań o sobie, o tym co w domu, gdzie co leży. Ot kazałam mu sklecić parę zdań z mieć i być. No i FIASKO!!!! Rozpacz, dlaczego ja się czepiam przecież ma dobre oceny, przecież uczy się w szkole to w domu już nie musi.... jedyny logiczny argument jaki znalazłam to taki, że angielski jest po to żeby się kiedyś porozumieć ze światem, bo inaczej to kuuupa.

2. Zadanie z polskiego: znajdź wyrazy z "Ó" które wymieniają się na podane wyrazy, np. miał napisane "WOZY" i miał wpisać "WÓZ".  Owszem znalazł, a na 10 wyrazów 7 wpisał z "U". A majstersztykiem był tarammmm "OGRUT". Umarłam...

3. Tabliczka mnożenia, naiwnie sądziłam, że to jak z jazdą na rowerze... się nie zapomina... mylny błąd! Psze Państwa. Zapytałam więc na wyrywki: 5x6 usłyszałam od syna rzucone ot tak 36! Wściekłam się. Gdy 10 przykładów namnożenie w zakresie 100 robił w 5 minut, i to z błędem w 7x8 to się wściekłam podwójnie. 30 sekund na jedno działanie!!!!!!!!!!!!  No to wtedy zaczęła się jatka!!! Wióry leciał, ciśnienie miałam chyba z 200!

Wściekłam się przede wszystkim o to, że on ma to literalnie w DOOOPIE. Ot rzucił "36" może się matka odczepi. Otóż nie matka się nie odczepi tylko przyczepi!!!!!!!! Przecież to II klasa!!! Przypomniałam mu znienawidzone zeszyciki ćwiczeń, i zarządziłam ich powrót. 

Ach i dowiedziałam się, że wszystkiemu winne są wakacje... bo były za długie i zapomnniał!!!

Osobną sprawą to informacje o sprawdzianach. Szkoła Misia nie posiada dziennika elektronicznego!!! Bo nie można podłączyć internetu!!! SIC!!! Szkoła w centrum ponad 100 tysięcznego miasta!!!! XXI wiek (ponoć). Tak więc wciąż bazuję na tym co mi przekaże dziecko. A dziecko informuje mnie: "Mamo!!! mieliśmy test z matmy! chyba będę miał piątkę!" Dostaje 3+ i w zasadzie powinnam się cieszyć, że dostał taką ocenę!!! Miś nie uznaje za konieczne przygotowywanie się z czegokolwiek!!! A ja nieświadoma sprawdzianu matka, nawet nie wiem, ze powinnam go zaganiać, przepytać etc.

Tak więc KONIEC!!!! Znowu wracamy do zamordyzmu, restrykcji i niewolnictwa... może w końcu nauczę się, że z Misiem inaczej się nie da, a "zaufanie"  to słowo o nieznanym bliżej znaczeniu...

Tak tak już się dowiedziałam, że jestem złą matką i że nie chce już dziś ze mną rozmawiać!!!

08:46, kika_73
Link Komentarze (9) »
środa, 25 października 2017
POSTRZYŻYNY

Dzieciaki skończyły 7 lat!!

Impreza rozłożona na raty trwała od piątku do niedzieli. Moje dzieci, choć powinnam znać na wylot, wciąż potrafią mnie zaskoczyć, pozytywnie co istotne! Okazało się, że faktycznie jak je ostatnio "reklamowałam" potrafią cieszyć się ze wszystkiego. I faktycznie najważniejsze w imprezie jest dla nich spotkanie ze znajomymi dzieciakami a nie prezenty. Nie ukrywam, że jestem dumna z tego, że mają takie podejście do sprawy... Impreza/-y się udały pod każdym względem...

W ramach dawniej praktykowanego obrzędu postrzyżyn wywaliliśmy dzieci z salonu z ich wszystkimi zabawkami :) Jaki duży salon teraz mamy!!!!! Nie do końca potrafię się (tak, tak JA!) jeszcze w tym odnaleźć, ale myślę, że jeszcze parę dni i dam radę ;) przenieśliśmy telewizor na inną ścianę i na starej mamy pełno dziur po starych kołkach, półkach. Czeka nas więc jeszcze szpachlowanie i malowanko. Chciałabym jakiś kolor inny niż biały, ale nie mam za bardzo odwagi...  Ponieważ stara kanapa ucierpiała w wyniku eksploatacji dzieciowej (tak tak dzieci skaczą po kanapach!!!), zamówiliśmy już nowa kanapę na 6 osób :) będzie za 5 tygodni. A potem będziemy dalej myśleć. Marzy nam się fajna biblioteczka i fotel uszak :)

U chłopców plan jest na zrobienie antresoli... wczoraj dotarł do nas pan stolarz, pomierzył porysował i zaciera rączki, bo mówi, że lubi taką robotę :) Ja po cichu mam nadzieję, że kwota nas nie zabije :) omówiliśmy tez prace na zewnątrz na wiosnę. Jestem dobrej myśli, bo znaleźć dobrego stolarza, który np nie robi tylko schodów, albo tylko drzwi,  to naprawdę trzeba mieć farta. 

Staram się nie narzekać na pogodę, dziś pierwszy raz od dawna dobiła mnie jednak pogoda.... ciemno, deszcz, brrry...

Kończę, bo robota czeka :)

Miłego dnia :)

08:24, kika_73
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 października 2017
...

Lada Dzień będę miała w domu 7-latki. Klasycznie łał jak ten czas leci... wciąż zaskakuje mnie to, jak wówczas mimo wszelkich niepokojów, niezwykłości sytuacji i zagrożeń z tego płynących, tak naprawdę byłam święcie przekonana, że wszystko będzie dobrze i nie dopuszczałam opcji, że coś pójdzie nie tak.

Człowiek się jednak starzeje, albo ma nazbyt rozrośniętą wyobraźnię, bo teraz zagrożeń widzę całą masę i wszędzie. Niestety natłok złych wiadomości wokół i w mediach podsuwa czasem takie scenariusze, których nie powstydziłby się sam pan Hitchcock. Żeby odciąć się od tego wszystkiego pozostają nam chyba tylko Bieszczady...

Mam coroczny problem prezentowy.. Z jednej strony chciałoby się nieba przychylić, z  drugiej kolejnym myśl o kolejnym lego przyprawia mnie o mdłości. Dlatego ryzykując ostracyzm ze strony własnych dzieci, dostaną jeden wspólny prezent a każdy osobno dostanie po wdzianku do judo :). Sama jestem ciekawa ich reakcji w momencie otrzymania niewymarzonego prezentu.

Męczą mnie też te "dzieckowe" imprezy, ale to chyba ja rekompensuję im tego czego nie miałam. Poza tym jeśli to rodzaj pielęgnowania wspólnych więzi z kolegami to ja w to wchodzę! Rodzinnie jak zawsze lubię jak się coś dzieje, lubię gości, choć pewnie fajniej leżeć do góry brzuchem... 

Coraz bardziej czuję brak tegorocznego urlopu, w sensie nie tego 2 tygodniowego (choć i on był zaganiany i nie taki jakbym sobie wymarzyła), ale ogólnie odczuwam brak możliwości wzięcia np. 1 czy 2 dni urlopu bo mamy piękną pogodę i zamiast w biurze chętnie "posiedziałabym" w domu i ogarnęła to co się dzieje wokół... połaziła po ogrodzie... W porównaniu z poprzednią pracą, tu jestem głównie uwiązana w biurze i brakuje mi tej możliwości "przewietrzenia się"  w czasie załatwiania czegoś poza biurem... No cóż... tak czy inaczej ta praca ma dla mnie wciąż dużo więcej plusów niż minusów....

Ostatnio zapytano mnie, o czym marzę? To przykre, że pierwsze o czym pomyślałam, to a jaką kwotą mogłabym dysponować....

Wbrew powyższemu mam marzenia takie niematerialne... choć widzę jak trudna a w zasadzie niemożliwa jest ich realizacja... Próbuję się wciąż z tym pogodzić... zostawiam sobie wciąż na czas kiedy dzieci wyjdą z domu, na starość... choć ostatnio bardzo dobitnie przekonałam się, że tej starości wcale nie muszę dożyć. Mam jakieś pseudofilozoficzne przemyślenia, z jednej strony spotkałam ostatnio parę osób przekonanych o swojej wyjątkowości, i szukałam w sobie też jakieś wyjątkowości! z drugiej miotam się mając świadomość, że jesteśmy zaledwie ziarenkiem piasku w tej ziemskiej piaskownicy i to nie takim co przepełni kielich...  Miotam się więc szukając wyjątkowości próbując nie popaść w mesjanizm.....

Miłego dnia... idźcie na spacer...

11:53, kika_73
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 października 2017
BERLIN BY NIGHT I PROZA ŻYCIA...

Z okazji mężowych urodzin, zorganizowałam mu (i sobie) wyjazd do opery w Berlinie, byliśmy na AIDZIE... Zdjęć nie ma, bo lało jak cholera, a do opery nie wzięłam telefonu. Sama opera zrobiła na mnie mega wrażenie, zarówno jeśli chodzi  o wykonanie i sam pomysł inscenizacyjny. Umiejscowienie chóru, części solistów i orkiestry pośród widowni dawał niesamowite wrażenie przestrzenne, lepsze niż 3D, HD i inne skróty...

.... i tu zżarło mi wpis.... a nie mam ani czasu ani weny, że by to powtarzać....

a było o winie w knajpce na rogu, długich rozmowach, i przyjemności spędzenia czasu we dwoje

było tez o problemach szkolnych Olka i konieczności egzekwowania postanowień, które Olek ma zawarte w orzeczeniu...

i tyle...

miłego tygodnia.

ps. Z "mojego" dodatkowego projektu zrezygnowałam w tamtym tygodniu... nie uwierzycie jak bardzo poprawiła mi się jakość oddechu pełna piersią...

09:34, kika_73
Link Komentarze (1) »
wtorek, 03 października 2017
CZASEM TRZEBA (SOBIE) POWIEDZIEĆ STOP

nie wiem komu i co chciałam udowodnić....

że wszystko mogę? że oprócz bycia matką wielodzietną mogę pracować na 2 etatach, obsługiwać zajęcia poza lekcyjne i z uśmiechem na ustach czekać na kolejne wyzwania... otóż NIE!

matką wielodzietną jestem i to jest priorytet (nie oszukujmy się tak właśnie jest), i choć sądzę, że to właśnie by mi w tym momencie w życiu wystarczyło, pracuję na pełen etat 8 godzin i niestety nie da się inaczej. Zresztą praca momentami jest mi niezmiernie potrzebna, żeby skierować myśli na inne tory niż około domowe i zanurzyć się w cyferkach a nie w dzieciowych awanturach. Ponieważ logistyka to moje drugie  imię, zajęcia poza lekcyjne (judo, basen, piłka wodna, + logopeda i terapia) ograniczyliśmy szczęśliwie do 3 dni ( tym sobota)  w tygodniu i póki co jeśli chodzi o wożenie to  dzielimy się z mężem dość solidarnie.

Ale nie! mało mi kurcze było... gdy zapytano a w zasadzie poproszono, żebym wzięła pewien projekt, to kurcze zawiódł instynkt samozachowawczy. Złapałam się  na  tekst, o możliwości w zasadzie zdalnej pracy, miłych współpracowników, przetartych ścieżkach, i dodatkowej kasie. Wszystko się zgadza oprócz możliwości zdalnej pracy. Okazało się, że jednak fajnie byłoby gdybym wpadała do biura. Ba okazało się, że to jest w zasadzie koniecznością bo pańskie oko konia tuczy, a koleżanka która miała być asystentką była notorycznie angażowana do wszystkiego innego, a nie do projektu, a ja nie mogłam jej nawet obronić. Praca po nocach też nie była bez wpływu. Szarpałam się ostatnie 2 miesiące bardzo. Poczucie nieogarniania spowodowało, że bałam się każdego telefonu i maila. Kilka kolejnych dni z ciśnieniem 160/100 także dało mi do myślenia.

Po rozmowie z dobrą duszą, uświadomiłam sobie w końcu podstawową zasadę, że "nic nie muszę, a wszystko mogę" z tym, że z naciskiem na pierwszą część zdania. Miałam pod koniec tego miesiąca zdecydować czy dam radę dalej, jednak gdy okazało się, że zawaliłam jedną rzecz, a do tego zostałam przez pewną panią psycholog (poczucie samozajebistości w skali od 1 do 10: 25) posądzona o celową pomyłkę by wybrać swoją koleżankę. Stwierdziłam wczoraj, że "nic nie muszę!!!"  Zgłosiłam wczoraj na razie ustnie swoją rezygnację z projektu najpóźniej z końca miesiąca, chyba że znajdą wcześniej kogoś na moje miejsce.

UFFFF...

Nie muszę się wykazywać, nie muszę zarabiać więcej, bo przecież nie zarabiam najmniej. Mąż niech się wykazuje... Nie będę siedziała po nocach, chyba żeby uszyć Zosi sukienkę... Koniec z poczuciem, ze wciąż wisi mi coś niezrobionego nad głową...

Siostro Depresjo idź już ode mnie...

10:55, kika_73
Link Komentarze (5) »
piątek, 29 września 2017
HARDCORE

no czegoś takiego jeszcze nie miałam. Ostatnie 3 tygodnie był taki hardcore w robocie, że w zasadzie się nie odzywaliśmy do siebie, tylko zapieprzaliśmy w klawisze... żadnych żartów, żadnych rozmów pomiędzy nami innych niż służbowe. Dziś deadline, i w zasadzie wszystko co miało wyjść, wyszło... uff. Zupełnie inna atmosfera.. poza tym

widok pustego biurka przed weekendem bezcenne!

Do tego w mojej 2 pracy też kumulacja, i miałam parę upojnych nocek (pół nocek) przy kompie, bo niestety w domu do kopa mogę siąść dopiero jak dzieci położą się do łóżka. Już wiem, że dociągnę do końca roku i dalej się nie skuszę :( choć kasa kusi.... tak czy inaczej umowy sfinalizowane, można iść spokojnie na jakiś szoping, może jakiś but nowy, czy torebusia...

za tydzień w ramach urodzinowego prezentu dla męża jedziemy na nockę do Berlina i do opery :) na Aidę. Kultura przez duże K... tak raz do roku... Czeka nas Berlin nocą, poranna kawa i rogaliki w bistro na rogu i może uda nam się trafić na jakiś Flohmarkt... to są te rzeczy, za którymi tęsknię z poprzedniego przed_dzieciowego a nawet przed_mężowego życia...

a dzieci zamiast mówić-krzyczą... mega mnie to męczy, bo one krzyczą, my podnosimy głos itd....

ps. wciąż staram się karmić tego właściwego wilka... tylko jakiś smutek wciąż mnie nie opuszcza

14:08, kika_73
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 września 2017
ANTOLOGIA PEWNEJ ( W SUMIE KRÓTKIEJ) ROZŁĄKI

Mąż wyruszył w piątek rano.

Wściekła byłam na niego już od dobrych 2 tygodni wcześniej.... dusiłam w sobie, niemiła byłam, nie tylko dla męża (to akurat nie dziwota)  ale też dla dziatek (przecież niewinnych sytuacji)....

cały pierwszy weekend miałam do tyłu, depresja i łzy na zmianę z wkurzeniem na mój biedny los....

między niedzielą a środą prawie nie spałam, w obawie, że zaśpię do pracy i szkoły, zasypiałam i owszem, ale kontrolnie co 2 godzinki zrywałam się czy może to już! Nic to, że budzik nastawiony był na potrójne budzenie...

w środę przyszła obojętność i spokój, poukładałam sobie cały domowy porządek w wersji  jednoosobowe zarządzania... nie bez znaczenia była informacja (jakże satysfakcjonująca) o tym, ze dopadł go sztorm i ble...... dzięki Zeusie!!!

koło czwartku zrozumiałam, że wszystko mogę sama (no dobra z małą pomocą babci, pilnującej dziatki podczas kolejnego zebrania). Zrobiło mi się i smutniej (że jednak sama) i poczułam się silniej (że mogę podołać).

Od piątku mój świat był zupełnie poukładany, wszyscy poznali swoje miejsce w szeregu (ja w dużej mierze przy przygotowania żarcia, lub przy sprzątaniu po  żarciu - dziatki pomagały, ale jednak ja była za wszystko odpowiedzialna)

W między czasie, późnymi wieczorami dziergałam przy dodatkowych pracach...

Weekend minął miło choć bez fajerwerków....

Dziś wraca pan mąż.... i mój cały misternie poukładany porządek pójdzie w pizdu....

I nie to, że się nie ciesze na jego powrót, ciesze się nawet bardzo... ale wiem już, że mogę, potrafię....

I gdy dziś zapyta jak sobie dawaliśmy radę, to powiem mu, że świetnie... tylko czy on zrozumie, że to powinno go zaniepokoić, albo chociaż zasmucić!?

ps. wciąż waham się czy na wejście zrobić mu awanturę pełną wyrzutów, czy też przyjąć go z otwartymi ramionami .... a potem dopiero tamto pierwsze :)

 

12:26, kika_73
Link Komentarze (4) »
środa, 20 września 2017
PRZYPOWIEŚĆ O 2 WILKACH

Wczoraj miałam niemal całe popołudnie z Misiem na wyłączność. Dużo rozmawialiśmy... mój syn jest świetnym obserwatorem i rozmówcą. Zaczął pytać jak to jest, że na jednym ramieniu siedzi aniołek a na drugim diabołek.

Przytoczyłam mu więc indiańską przypowieść o 2 wilkach. Bardzo mu się spodobało. Wczoraj Miś bardzo starał się karmić dobrego wilka...

I ja też postanowiłam przestać karmić złego wilka, bo nawet nakarmiony kąsał mnie bardzo przez ostatnie 2 tygodnie. Będę się bardzo starać, żeby zdechł z głodu.

Poza tym Miś póki co MEGA ZADOWOLONY!!!!!

I z lekcji w 4 klasie (doszłyśmy z mamą, że w końcu coś bardziej interesującego, "mamo! przyroda jest SUPER!!!") Pewnie, że łatwo nie będzie, ale póki jest entuzjazm i motywacja damy radę.

i z codziennych treningów (choć powłóczy nogami, ja też się ciesze, bo treningi w ramach aktywności szkolnej!)

i z popołudniowej piłki wodnej ("Mamo było Zajeb... tzn super!"). Ponoć ma potencjał! choć czy będzie chciał go wykorzystać, to inna sprawa.

Tak więc póki co pozytywnie!!!!  I tego się trzymajmy :)

ps i pogodę tez mamy SUPER!!! serio!!!

10:05, kika_73
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 września 2017
ZŁE EMOCJE

No cóż miałam napisać manifest do korporacyjnych działów PR HR, ale wiem, że ich cele są zgoła odmienne od moich i nie ma w tym moim proteście żadnego sensu, a wręcz pewnie wzbudziłoby uśmieszek satysfakcji... 

Otóż:

Zastanówmy się, co jest nagrodą, za niemal ciągły pobyt poza domem w ciągu roku, za siedzenie przy kompie wieczorem i bycie duchem nieobecnym? no co? Oczywiście kolejny wyjazd!

Małżonek  w ramach podziękowania za dobre sprawowanie udał się w bardzo atrakcyjną "podróż służbową", ponad tydzień w słońcu 2,5 godziny lotu na południe od domu. Nie pierwszy zresztą raz... kto by przy zdrowych zmysłach odmówił?! NIKT! Zawsze jakoś przechodziłam nad tym do porządku dziennego, choć i wcześniej mi to doskwierało, ale w tym roku nie daję rady przejść spokojnie nad tym faktem....

Najtrudniejsze jest dla mnie to, że tylko ja - czepiająca się żona - ma co do tego jakieś "wąty". Wciąż dziwi mnie to, że nikt nie wpada na pomysł, aby zamiast powyższego, nie zorganizować wspólny wyjazd rodzinny, albo obowiązek deponowania telefonu służbowego i laptopa na czas rodzinnego urlopu... Tak wiem z jednej strony mrzonki i korporacja ma w dooopie,  z drugiej to problem męża nie potrafiącego odseparować się od pracy w czasie urlopu... Trudno mi już przeprowadzać kolejne rozmowy na ten temat, choć robię to wciąż i wciąż i już po każdej takiej rozmowie mówię sobie,  że to ostatnia....

Tak czy inaczej... jestem pełna już nawet nie złości i wścieku a raczej żalu i smutku. Bo zastanawiam się w tej sytuacji czy to oznacza, że ja nie zasłużyłam? Mam żal, że nie wziął pod uwagę, by odmówić (tak tak kto przy zdrowych zmysłach...); Czuję się po prostu opuszczona w codziennej gonitwie związanej z obowiązkami szkolnymi i pozaszkolnymi... Mam też postanowienie... w przyszłym roku tydzień dla siebie, bez wyrzutów sumienia i zastanawiania się czy dadzą sobie radę itepe. i organizowania logistyki. A swoją drogą zawsze mnie rozśmiesza, że gdy zdarzy mi się wyjeżdżać mąż bierze sobie URLOP by ogarnąć sprawy!!! i babcia też!!!  Gdybym miała brać urlop na wszystkie jego wyjazdy.... hi hi hi

Tak więc nie myślę z czułością o wypoczywający mężu, któremu się należy... a raczej kipie na myśl o tym, że wpieprza krewetki zamiast schabowego i wystawia twarz do ciepłej bryzy, gdy ja marznę w nogi....

Tak wiem, że inni mają gorzej, wiem, że są rodziny gdy facet wyjeżdżą na miesiąc lub dwa.... ale niestety nie mogę zdobyć się na empatię... wybaczcie, że nie jestem wyrozumiałą żoną...

12:12, kika_73
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 166